back

 NIESTRUDZONY JĘZYK MUZYKI I SŁUCH KU UDUCHOWIENIU          
               
                                                       
rozmowa z wybitnym mecenatem światowych koncertów im. Jana Pawła II-go
Prezesem Towarzystwa Muzycznego im. S. Moniuszki z Bostonu, śpiewakiem
operowym i ambasadorem Sztuki Polskiej i twórcą oratoriów muzycznych...

Zbigniew Kresowaty: Jest Pan urodzony w miejscowości Dowgidańce parafii kolesińskiej (obecnie rejon solecznicki) pod Wilnem i wychowany na Kresach wileńskich w rodzinie chrześcijańskiej o peregrynacjach muzycznych, i w tradycjach patriotycznych... W latach pięćdziesiątych (1959) przybył Pan, na Dolny Śląsk, do miasta Brzeg – Miasta , które posiada swe stare tradycje śląskie, które w pradawnych czasach leżało na szlaku kulturowo – handlowym... W roku 1970 opuścił Pan Brzeg, z zamiarem wyjazdu, nie tylko "za chlebem" za ocean, ale w poszukiwaniu miejsca ku prawdziwej wolności, żeby się realizować tam duchowo i działać w kulturze polskiej. Natomiast wracając do Pana przeszłości należy wspomnieć, że pod Wilnem otrzymał Pan staranne wychowanie, w tym i muzyczne wykształcenie tzw. przednie, później już wyższe muzyczne studiując wokalistykę czyli śpiew,(jako bas )jak również już tutaj w Polsce po przyjeździe z Wilna, należy jeszcze dodać, że Pańscy dwaj bracia również zostali dobrymi operowymi śpiewakami zawodowymi tutaj w Polsce...A dziś jest Pan nie tylko artystą śpiewakiem, basem operowym, ale najsłynniejszym propagatorem muzyki polskiej w świecie. Jest Pan niestrudzonym organizatorem i fundatorem menedżerem, jak i kierownikiem artystyczno – merytorycznym, tych koncertów, które w większości poświęcone zostały Pontyfikatowi Jana Pawła Ii-go naszego papieża. Obecnie zamieszkuje Pan w Bostonie USA, i jest wieloletnim prezesem Towarzystwa Muzycznego im. Stanisława Moniuszki, które Pan założył w 1978 roku, tam za oceanem, prowadzi Pan je do dziś z tak pięknym skutkiem,"robiąc" koncerty muzyczne, w różnych częściach świata, o czym wspomni Pan zapewne później...Może zechce Pan jakoś nakreślić, w skrócie tamten czas, jak zaczęło się dzieciństwo, okres wileńskiego dorastania, choćby kilka słów o tych i innych pierwotnych zainteresowaniach muzycznych, tradycji rodzinnej oraz czas kiedy to trzeba było opuścić kochaną Małą Ojczyznę i Wilno, żeby udać się całkiem gdzieindziej. No i proszę wspomnieć także jak doszło do wyjazdu za ocean, żeby oddać się później pasji i tej niesamowitej roli ambasadora muzyki polskiej w świecie. Proszę powiedzieć jak doszło do założenia i stworzenia mecenatu Pańskiego nad tym znanym już w świecie Towarzystwem Muzycznym im. Stanisława Moniuszki w Bostonie - Jak było naprawdę? - Może z dystansu poda Pan jakieś szczegóły, bo w nich jest zawsze najwięcej wiedzy...Do Polski wrócił Pan dopiero po 35 latach nieobecności, ale z pięknym pokaźnym dorobkiem i dokonaniami muzycznymi, po bardzo wielu odbytych i zorganizowanych przez siebie, koncertach na świecie, żeby odebrać z rąk władz miasta Brzeg w dniu 11 listopada 2005 roku zaszczyt i tytuł Honorowego Obywatelstwa miasta, które wręczył Panu burmistrz Brzegu Wojciech Huczyńki wraz z Przewodniczącym Rady Miasta Janem Gilem - Odbył się wtedy piękny koncert z tej okazji w ratuszu brzeskim z zaproszonymi gośćmi, który Pan, poprowadził i nawet jako bas, zaśpiewał jako solista w otoczeniu chórów i innych muzyków kameralnych Filharmonii bytomskiej. Przy tej zacnej okazji był wyświetlony film z dziejów miasta Brzeg, gdzie była duża wzmianka o Pańskim koncercie, który się odbył kilkanaście lat wstecz (1998 r.) w Brzegu. Ja oczywiście byłem także gościem, i uczestniczyłem, w tych uroczystościach, gdzie współobecny kardynał i były Metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz założył Panu na palec serdeczny Pierścień Tysiąclecia, który jest wręczany, bardzo rzadko, wybitnym osobowościom Polski i takim "obywatelom świata", za działalność propagatorską w promowaniu kultury z sacrum, a w Pana przypadku także Pontyfikatu Jana Pawła II w postaci muzyki... Odebrał Pan, zarówno ten Honor, jak i Pierścień, ze łzami w oczach, jako swój powrót oficjalny z ogromnymi wieloletnimi dokonaniami w świecie, gdzie latami pracował Pan jako ambasador kultury polskiej na rzecz bardzo wzniosłych dokonań w rozsławianiu Osoby Wielkiego Polaka Jana Pawła II-go i całego Jego Pontyfikatu w postaci światowych koncertów, o czym będziemy tutaj rozmawiać w dalszej części...

Jan Milun: Dziękuję za przedstawienie mej sylwetki, wiadomo że o sobie zawsze jest najtrudniej mówić, dlatego dopowiem, w dużym skrócie, to co może być tutaj ważne w tej rozmowie - Pozwoli pan, że zacznę od Wilna, kiedy to urodziłem się w przedostatnim roku II Rzeczpospolitej, której nie pamiętam, a dzieje mej rodziny, ze strony matki, zwłaszcza te kulturowe, o których ja wiem, zaczynają się od przełomu lat 1900 – 1910 i od tego okresu, jakby zaczyna się historia najbliższa mej rodziny, kiedy to cała moja rodzina, była uzdolniona kulturowo - muzycznie. Proszę sobie wyobrazić czasy, owe tamte czasy, kiedy to kobiety grały obok mężczyzn w zespołach muzycznych - było to czymś niezwykłym i wyjątkowym - ale tak było, jak mi mama zawsze opowiadała a i sam to widywałem...Ta rodzina, od strony mamy, była duża, i wszyscy byli zaangażowani w działaniach śpiewaczych, udzielając się gdzie należy. I wziąć trzeba pod uwagę rzecz, że kościół w owym czasie spełniał bardzo ważną funkcję społeczną i kształtował wszelaką inną kulturę, a działania na polu muzyki szczególnie, we wspólnocie wileńskiej...Zatem i ja wtedy edukację początkową pobierałem w wielkim stopniu z kościoła. Poza tym mama moja bardzo chciała żebym został księdzem. ( tu uśmiecha się ) - Ojciec mój był sołtysem, człowiekiem poważnym i naonczas światłym, później wójtem...Jak Pan wie, Polska w tym czasie była pod zaborami, większość intelektualistów wyjechało z Polski do Francji, do Włoch, i za ocean, natomiast moim takim wielkim duchowym przywódcą od najwcześniejszych lat, kiedy sam zacząłem podśpiewywać i grać, był Stanisław Moniuszko, urodzony pod Mińskiem, ale osiedlony w Wilnie, i w tym mieście kiedyś mieszkający... Kontynuując rzecz, o tym patriotycznym kompozytorze polskim, warto tutaj dodać, że Moniuszko, mimo różnych niedogodności, nigdy nie wyjeżdżał na stałe, i nawet wtedy gdy studiował w Berlinie, i w innych krajach - jednak zawsze powracał, żeby coś komponować dla potrzeb prostych ludzi. Natomiast, co się dalej tyczy mojego dzieciństwa – jest to okres wojny, niespokojnych czasów, działania i grasowania trzech rodzajów różnej partyzantki, codzienny strach o życie braci i rodziców, którzy narażając nasze życie pomagali partyzantce polskiej. Robili to w imię Polski, która jak mówiono i czekano, miała wrócić...Ale przede wszystkim to czas prześladowania kultury narodowej, a w tym wiary, która w naszej rodzinie była niezłomna, i tym byliśmy bogaci, choć mieliśmy ziemię, która nas i innych utrzymywała przy życiu...Zatem po tych moich doświadczeniach, ale z myślą powrotów, wyjechałem w świat, gdy zrozumiałem wiele z bytu rodzinnego, przybywając do Brzegu...To co ja zacząłem robić, a najbardziej skutecznie tam w Bostonie w USA, to pierwsze co było – ogromne pragnienie, żeby otworzyć i odtwarzać przeszłość tego najwybitniejszego polskiego twórcy muzycznego i pokazać w Jego twórczości Polskę i Jej Kulturę, nie tylko muzyczną, ale Jego patriotyzm i ludowość. To było moim najprzedniejszym celem, który mi zawsze przyświecał od chwili wyjazdu z Wilna do Polski i za ocean. Poczynię dygresję kiedy tu na Dolny Śląsk przyjechaliśmy i zobaczyliśmy to panoszenie się radzieckich ludzi wszędzie i w mundurach, zaczęło być nam znów ciężko i było ciężko, z wiadomych przyczyn, choćby dlatego, że świadomość o przedłużeniu się zaboru Polski była wszechobecna, jak się okazało o kolejne ponad 50 lat, ja wtedy przejrzałem na oczy i znów wiedziałem, że tutaj nic ambitnego nie dadzą mi zrobić, a groźba wywozu na Sybir była wciąż otwarta, i dlatego udałem się za ocean, żeby tam w jakimś sensie zrealizować to moje marzenie i sen o mojej Polsce...I wracając znów do mego dzieciństwa, gdzie właśnie ukształtowała się taka, a nie inna osobowość muzyczna - powiem, że zawsze, już jako uczniowie, braliśmy z bratem Frankiem udział we wszystkich niemal festiwalach i różnych koncertach, jakie w ejszyszkim Domu Kultury się odbywały, natomiast potem już braliśmy i najmłodszego brata Mietka, i wtedy było nas już trzech braci, a więc był to już taki mały chór braci, których Bóg obdarzył głosami. Pamiętam jak kiedyś śpiewaliśmy : " Jęczy ,wyje Dniepr szeroki..." - Było to w tamtym czasie jedyne tłumaczenie na język polski, rosyjskich ( a w tym wypadku – ukraińskiej ) piosenki...Ale i tak ludzie, pamiętam, czasem się wzruszali... Śpiewaliśmy a'capella - brakowało na takich festiwalach często podkładu muzycznego, a i o instrumenty było ciężko, ale była ta poprawna harmonia głosów, dostawaliśmy brawa i nagrody...Później po ukończeniu Gimnazjum musiałem odpracować dwa lata w kołchozie. Otrzymałem tam funkcję wiceprzewodniczącego kołchozu (Śliżewskiego z Ejszyszek ), ale i pewnie dlatego, że nie każdy w tamtych latach potrafił czytać, pisać i rachować na liczydle. Studiując w Wilnie wokalistykę i dyrygenturę, włączyłem się do zespołu "Wilia', gdzie poznałem profesora Konradasa Kaveckasa, który przyjął mnie do Filharmonii Państwowej (byłem jedynym Polakiem, który tam śpiewał)
W czasie studiów pracowałem jako nauczyciel w Korwiu u pana Ludwika Młyńskiego. Jednocześnie pełniłem funkcję szefa i dyrektora Domu Kultury w Mejszagole. Śpiewałem też w chórze w Ostrej Bramie. I tutaj opowieść zatacza krąg , bo w roku 1959 wyjechaliśmy bydlęcym wagonem przez Grodno do Polski jako repatrianci... Mój ojciec bowiem wobec nastałej tam "nowej" władzy komunistycznej miał wiele grzechów, wcześniej wiele lat ukrywał się, za czynne stawianie oporu komunistom w różnej postaci, (na opowieść czego brakłoby tutaj czasu) - A później, gdy to 10 lat pełnił funkcje wójta, po objęciu władzy stalinowskiej, ukrywał się juz dłużej, i nie chciał narażać dalej swej rodziny na ewentualne represje i zsyłkę na Sybir. Dodam, że po przyjeździe do Polski, także studiowałem na Akademii Muzycznej w Krakowie i na Uniwersytecie Warszawskim – języki słowiańskie, później wyjechałem, żeby także studiować na Harwardzie.

Z. K. Tak! – Dziękuję za szkic o sobie i rodzinie, bo na pewno będzie to miało wpływ na dalszą część naszej "rozmowy artystycznej", gdzie wątki te będą się non – stop przeplatać...Stanisław Moniuszko – wymieniony tutaj jako wzór tych ostoi narodowych, już wtedy był, w tych trudnych czasach, grany i śpiewany w różnojęzykowej postaci i formie głosowej...To piękne usłyszeć od Pana, co trwa do dziś, zatem może co do tej, zaiste ciekawej, postaci nakreśli Pan swoje dalsze wyobrażenie tej osobowości, jako wzorca i patrioty? – może jakieś ciekawostki co do niego? - szkoda, że w pewnym sensie dziś zapomnianego już trochę a ciekawego skądinąd kompozytora polskiego, ale dobrze, że przypominanego przez Pana na wszelkich koncertach pontyfikatowych jakie Pan organizuje... Obecnie trwają Pana przygotowania, i zbieranie sił i środków, żeby odbyć koncerty poświęcone tej wspaniałej twórczości, nawet w Grodnie?

J. M. - Moniuszko tworzył w Wilnie i w Jego Pieśniach, i innych kompozycjach, jest tęsknota i ból za utraconą Ojczyzną, jest wiele wątków nakierowanych ku narodowości i tradycji...I jak wspomniałem, że to co ja w tej chwili od wielu lat robię, włączając i Jego muzykę w koncerty, i szerzej chcę zrobić, to odtworzyć moc tej muzyki i przypomnieć Jego wielki patriotyzm, odtworzyć przeszłość, odtworzyć Moniuszkę po raz pierwszy na Białorusi, bo Moniuszko znany jest wciąż tam na obecnej Białorusi, urodzony tam, jak wiemy pod Mińskiem. Białorusini traktują Go jako pieśniarza, który pisał pieśni zarówno do słów Mickiewicza jak i do słów rosyjskich poetów. Natomiast był świetnym instrumentalistą i organistą...Wiemy dużo o tym : Jego muzyka organowa, muzyka symfoniczna, operowa - jest tu szeroki bardzo wachlarz tej twórczości, gdyż był bardzo płodnym kompozytorem jak na owe ciężkie czasy. I przede wszystkim w utworach wielu oddaje hołd dla Matki Bożej, która " Ostrej broni Bramy...", a jednocześnie wzmiankuje tymi słowami o naszym poemacie narodowym, czyli "Panu Tadeuszu" Adama Mickiewicza, pisząc piękne cztery Litanie Ostrobramskie, po dwadzieścia i kilka minut każda (przy wykonaniu). Trzeba tutaj wiedzieć, że III Litanię Ostrobramską Stanisław Moniuszko zadedykował Rossiniemu, kompozytorowi włoskiemu, któremu się bardzo ona spodobała i Rossini napisał do Niego list : "Panie Stanisławie, Pana litanię polubiłem, słucham, gram i cenię i chciałbym coś podobnego napisać..." – Uczynię tutaj jeszcze małą dygresję do muzyki Moniuszki, a mianowicie - że my trzej bracia śpiewaliśmy już w duecie tego kompozytora, Jego inne utwory na ówczesnej Litwie. Później za rączkę na scenę wprowadziłem jako trzeciego mego małego brata Mietka, i od tego momentu "zasłynęliśmy" , a było to w latach 1952 – 53 r.( tu się mocno śmieje), jako Trio Braci Milunów Basów... Z takim wielkim wzruszeniem to dziś wspominam...Dlatego Stanisław Moniuszko pozostał na zawsze w moim i ich sercach, i z Moniuszką ze łzami w oczach wyjeżdżaliśmy z Wilna i z duchem polskim jako patrioci, w poczuciu dumy i niezłomności wyjeżdżaliśmy z domu w "krowiakach", żeby przekroczyć nową granicę z Polską, którą ustanowił przecież Stalin...Trzeba wiedzieć, że wtedy już na dobre, stalinowcy rządzili na Litwie, kiedy krzyże ze świątyń były już przez nich zwalone na ziemię, a wnętrza cerkwi i kościołów przekształcone zostały na różnego typu magazyny. Poza tym Trzy Krzyże, od praczasów górujące nad Wilnem, były już wysadzone w powietrze, a NKWD szukało swych nowych ofiar wszędzie i powszechnie, żeby dopełnić swoje lagry i obozy na Syberii, gdzie głównie w klatach 49 – 55 już bardzo dopełniono je, i wciąż zaludniano zsyłkami... I tu widzi pan miarę i dramat tego musowego opuszczenia Wilna...

Z. K. Spytam zatem prowokacyjnie - Dlaczego w ubiegłym roku pojechał Pan z wielkim koncertem do Kaliningradu, w dodatku impreza sławiącą Pontyfikat Jana Pawła II-go, gdzie zagrano koncert na ponad 600 osób, jako wykonawców, w tym solistów, nie tylko z Ameryki, przy obecności wielu zacnych osób i gości z delegacji państwowych z krajów pogranicza, i ze świata, gdzie grano również, jak domniemam, przede wszystkim Stanisława Moniuszkę?

J. M. – Ponieważ Kaliningrad obchodził 750- lecie istnienia, a ja czując się w pewnym sensie powiązany z Kaliningradem, bo w 1953 roku jako mały chłopiec pojechałem tam do pracy, żeby pomóc swoim rodzicom i moim braciom. Tam pracowałem na kolei. Wiedząc o tej zacnej rocznicy miasta, przechodzącego z rąk do rąk, bo jako Kaliningradu – Królewca, czy po niemiecku Kenynksbergu, chciałem właśnie po koncercie, który robiłem w Gdańsku w 2003 roku na 25 lecie Pontyfikatu Jana Pawła II-go, gdzie również zaprosiłem rosyjską delegację rządową, żeby jako władze sąsiedniego państwa zobaczyły i uczestniczyły w tym zacnym akcie integracji, który miałby duchowo połączyć nasze serca na tym szerokim pograniczu kulturowym, które kształtowało się latami, koncercie z misja ku jakiemuś zrozumieniu historii i za dość uczynieniu w "znaku pokoju" pomiędzy ludźmi żyjącymi z własną pamięcią... A postacią wiodącą w tym niecodziennym spotkaniu odegrała tu przecież Osoba Ojca Świętego, Jego zapisy zawarte w tym Pontyfikacie nabrały znaczenia...

Z. K. - Czyli znów jesteśmy w miejscu Pana powrotu, po przez te wspaniałe treściwe koncerty...To na pewno nie jest taka droga powrotu sentymentalnego, choć trochę tak, bo z zapleczem spełnionych marzeń, które się w wielkim stopniu dopełniają duchowo... Wypowiedział kiedyś Ojciec Święty słowa Elizy Orzeszkowej poetki z Grodna : "... Dzisiaj jesteście małym płomykiem, ale dzięki łasce Bożej możecie się stać płonącą pochodnią..."- Proszę odnieść się do tych słów, które są dla Pana bardzo znamienne...Proszę przedstawić inne, już te odbyte, koncerty, nazwę je w dalszej części, "pontyfikacyjne" - A jakie inne są w przygotowaniu już teraz w chwili obecnej?


J. M . Ponieważ dostałem od Boga też talent organizacyjny i dyplomatyczny, a więc to co robię, przy moich powrotach do Polski do Wilna, lub to co chcę zrobić na Białorusi, lub w innych miejscach, na innych kontynentach, jest spełnianiem siebie przy zasadniczym znaczeniu patriotyzmu osobistego i tak szeroko rozumianego że bez interesowanego zaangażowania sił własnych dla chwały mojej Małej Ojczyzny i miejsca, które mnie zrodziło jako artystę... Robię to tutaj w Europie, i w świecie jako swoisty dyplomata, dla odzyskanej wolności mojej rodzinnej Ziemi Polski... I żeby nie brzmiało to zbyt patetycznie, proszę mi pozwolić na dygresję, zanim powiem o mych koncertach i ich dużym znaczeniu oraz ich celowi szerzej - Uważam poza tym, że my jako Polacy mamy w sobie zapisane takie ogromne poczucie odpowiedzialności i godności, tym bardziej, że wzorców nam nie brakowało - i takim człowiekiem był w ostatnim czasie Karol Wojtyła. Jeżeli Żydów wszyscy nazywamy "narodem wybranym" – to w tym miejscu, wcale nie jako antysemita - broń Boże! – ja powiedziałbym, że Polska jest także narodem "inaczej wybranym", choćby dlatego, że była i jest przedmurzem chrześcijańskim w świecie, co jest ciągle utrwalane, mimo takich różnych politycznych zawirowań...Cofnijmy się w czasie! - i weźmy np. Dzin-ghi-Shana, który przez wiele lat rządził Rosją i innymi narodami - on przecież nigdy się nie dostał do Polski - to samo było podczas naszych zaborów, i tych ostatnich przez komunistów z ruskich, hitlerowców i znów przez stalinowców po II wojnie – Musimy wiedzieć, i oznajmiać "wszem i wobec", zwłaszcza młodzieży, że to właśnie chrześcijaństwo umacniało nas w wierze i nadziei, i że dzięki niemu wychodziliśmy "ręką obronną "z każdej zawieruchy dziejowej i nie wolno nam oddać swej bogatej kultury, bo zawsze niej odzyskiwaliśmy wolność - mówi o tym historia. A w osobie swych wojowników jak Pułaski czy Kościuszko (pochodzący z Białorusi obecnej) to Polacy wyjeżdżali bronić wolności i praw innych nacji, też za sprawą wiary, co było wypisane zawsze na sztandarach...Wiara w każdym okresie zawieruchy pomagała nam dotrwać, mimo tych pobojowisk, jakie przetaczały się przez Polskę, w jedną i w drugą stronę w rozlewie bratnich krwi... A dziś, są "dni chwały", i trzeba to umacniać, i utrwalić kulturowo, tam gdzie tylko można!...Poza tym w Polsce, jak wiemy, żyje tyle grup etnicznych, i wszyscy w jakiś sposób żyją w zgodzie – Jest to
znamienne, że szanujemy się wbrew pozorom, innych uczucia tolerujemy, to dzięki wierze, i w miarę wiary w swoją niezłomność – To trzeba dziś wiedzieć! Polska jest narodem wybranym przez historię i przez Boga, bo chrześcijaństwo, za każdym razem, miało tutaj swój dramat, i nie waham się takiego określenia, o naszym wybraństwie, tutaj użyć...Wracając do mych działań muzycznych, które trwają już od lat, zrobię tutaj znów dygresję - na I-szą i kolejną V-tą rocznicę Pontyfikatu Jana Pawła II-go zorganizowaną w postaci mego koncertu w Bostonie, i innymi rocznicami wiodącymi do Gali jaka miała później miejsce w Nowym Jorku z kolei w dziesiątą rocznicę zasiadania naszego Papieża na Stolicy Apostolskiej, na ten koncert, który odbył się na Manhattanie w katedrze Św. Patryka przybyła delegacja Polskiego Kongresu Polonii z Chicago, wielu senatorów amerykańskich, przedstawiciele dwóch amerykańskich partii : demokratycznej i republikańskiej, inne delegacje z całej Ameryki – Wtedy tam właśnie i wcześniej, przeogromną radością i dumą napawało mnie to, że przede wszystkim w czasie tego, i innych koncertów, brzmiała tu Muzyka Polska. Tu, w Ameryce, po raz pierwszy wykonaliśmy ważną I - szą Litanię Ostrobramską Stanisława Moniuszki, i co trzeba wiedzieć, że nie wykonywana ona była od czasów śmierci autora. A Bytomska Opera dała szereg przedstawień "Halki" Moniuszki w innych miejscach, a w Katedrze wystąpiły chóry polonijne z inną muzyka polską oraz połączony chór całej wschodniej części Stanów Zjednoczonych - (ogółem ponad 600 śpiewaków). Wówczas po raz pierwszy, w katedrze św. Partyka, zabrzmiał fortepian z muzyką świecką, na co musiałem uzyskać zgodę miejscowego kardynała również tu obecnego! - Piętnastą rocznicę pontyfikatu zaplanowałem w Wilnie – i to był mój powrót wpierw do Wilna. Połączyłem te okazję z 175 rocznicą urodzin Stanisława Moniuszki, i tak 7-go maja 1994 roku odbył się koncert w Katedrze wileńskiej, w czasie którego brzmiały utwory dawnych i nowoczesnych klasyków, partytury w wykonaniu znanych obecnie na Litwie miejscowych muzyków. Gośćmi koncertu byli: dostojni przedstawiciele różnych krajów, zwłaszcza naszego całego pogranicza kulturowego oraz z Europy i zza oceanu. I choć tam, w Wilnie, początkowo spotkało się to z pewnymi kłopotami organizacyjnymi - tym bardziej było wielkim sukcesem ku spotkaniu tylu kultur i w takiej ekumenii tych innych wyznań. Poza tym, po Koncercie, o którym mówię, Litewska Orkiestra Symfoniczna wykonała II , III, i IV Litanie Ostrobramskie Moniuszki. Nawet dostałem zaproszenia na nie. Natomiast XX rocznicę Pontyfikatu uczciliśmy w Polsce, międzynarodowym koncertem w dolnośląskim Brzegu (1998), także mieście moim. Później 16 października odbył się wspomniany już Koncert w 750 lecie w Kaliningradzie czyli w Królewcu, który już pokrótce wcześniej scharakteryzowałem, i tak zamyka się dotychczasowy krąg wykonanych już koncertów poświęconych Pontyfikatowi Jana Pawła II-go. W roku 2007 w maju odbędzie się koncert wielki w Grodnie w bazylice, gdzie widnieje cudowny obraz matki Boskiej Kongregackiej. Tam mam zamiar zaprosić władze Białorusi nie bacząc z jakiej opcji się wywodzą, bo muzyka ma łączyć i łagodzić, a ja nie będę się bawił tutaj w szeroko rozumianą politykę, będą Polacy i goście zza granicy, z krajów wolnościowych z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. No i właśnie wracamy tutaj do słów Elizy Orzeszkowej, które pan przytaczał...
W Grodnie stoi jej popiersie (blisko tej bazyliki ) z cudownym obrazem matki Boskiej Kondregackiej... Byłem już tam i nawet chodziłem śladami wybitnej poetki. A będzie to koncert, gdzie po raz pierwszy na Białorusi będzie grana muzyka sakralna Moniuszki - Jak już wspomniałem Moniuszko jest synem Białorusi i taka muzykę pisał. Żył na pograniczu polsko – białoruskim, gdzie granice w dziejach różnie przebiegały. Dlatego On, jako kompozytor, tam rodzony, kochał również muzykę prawosławną, jednocześnie był organistą w kościele katolickim, napisał dla Matki Bożej Wileńskiej czyli Ostrobramskiej te wymienione cztery litanie. Z tym, że w Grodnie będzie wykonana tylko jedna
I- sza Litania Ostrobramska. Ja chcę im dać szansę na odnowę, pozostałych Litanii Ostrobramskich, jak i prawo do innych utworów. Dwa tygodnie później odbędzie się koncert w Wilnie pod Ostra Bramą, jako II część do całości po Grodnie - Pierwsza część tzw. "grodzieńska" wykonana w Grodnie, a druga "dzięgieleńska" w Wilnie, gdzie będą otwarte kraty do obrazu Matki Boskiej, gdzie będzie nastrój z zaproszonymi gośćmi...Mam nadzieje, że to w jakiś sposób wywrze odpowiednie wrażenie na władzach i połączy, choć w jakimś dostatecznym stopniu duchowo ludzi kilku narodów. To się musi udać!- wierzę mocno w to.

Z. K. Nie obawia się Pan ze strony reżimu Łukaszenki, jego "stupajków" komunistycznych, jakichś barier, że mimo jakiejś pozornie danej zgody cofną w ostatnim momencie swoją decyzję? - i że będą wpływać na Pańskie działania jako na wroga, zwłaszcza przybywającego nie z Polski ale jako tego gorszego zagrażającego szerzej wroga z Ameryki? – Jest Pan swego pewien?

J. M. Zawsze o moich koncertach powiadamiam polskie Ministerstwo Kultury, Prezydentów Państw, Premierów, Senaty i Sejm oraz inne ambasady... Polacy, których tu już powiadomiłem chcieli w to zaangażować równolegle ministrów kultury – Polski i Białorusi i chcieli, żeby to wydarzenie muzyczne działo się jakby od góry, z ich namaszczeniem, i jakby z ich wszystkich "poręki" - Ja kategorycznie tutaj odmówiłem, ponieważ to wcale nie może mieć charakteru politycznego ! - To samo Rosjanie przecież chcieli zrobić w Kaliningradzie z koncertem, o którym już tu relacjonowałem... Wtedy, im Rosjanom, tam w Kaliningradzie powiedziałem wprost : - Kaliningrad nie jest Waszym miastem! – On istnieje już 750 lat! – a tutaj Was, ani Waszych dziadów nigdy nie było!
- Jako ciekawostkę powiem, na co są dowody w źródłach niemieckich, że tam zginął święty Wojciech na tzw. "Prymore" (gdzieś koło brzegu morza?) - tam ponoć stoi duży krzyż, i to pamiętne od wieków miejsce jest odpowiednio oznaczone. No...i wracając jeszcze raz do Białorusi - sprawa wygląda tutaj tak, że gdybym ja ten koncert robił pod takim czy innym skrzydłem Polski - no to, ta sprawa mogłaby dość nie korzystnie dla mnie wyglądać – ale, gdy ja to robię jako przybysz zza oceanu, na pewno inaczej to wygląda już dla władz obecnych białoruskich. Owszem, liczę się z obostrzeniami, bo przecież teraz tam biją, Polaków i swoich, za wszelkie sprawy wolnościowe. Ale tutaj, kiedy ja robię jako ze strony Ameryki prywatnie - oni nie mogą uzurpować sobie żadnego prawa do tego. Będą na pewno tutaj trudności przeogromne! – tak jak w Kaliningradzie - przecież w sumie jak ja także odmówiłem tam Rosjanom - też, wystąpiły zaraz ogromne obostrzenia, byłem aż trzy razy u nich, i musiałem używać tzw. "zaplecza", i wsparcia swych różnych wpływów wszędzie, bo : w Kongresie Ameryki, w Ambasadach i Rzymskiej, w Nuncjaturze Apostolskiej tak, że ja jadąc do Rosji w sprawie tego specjalnego jakby przedsięwzięcia muzycznego, noszącym właśnie jak na ironię imię pontyfikatu naszego Papieża, pokazałem swoją wielkość i zupełnie frywolnie, choć stronię od polityki, na którą oni kierowali moje starania, ja odwróciłem kartę, wskazując, żeby oni zaprosili amerykańską sekretarz d/s bezpieczeństwa narodowego Ameryki w osobie Condolis'y Raice na ten koncert (wtedy miała te funkcje), a zyskali by na tym więcej niż myślą, bo upiekliby dwie pieczenie na jednym ogniu - nawiasem mówiąc jest ona świetną pianistką, itd. – Kaliningrad powiedział, że muszą wszystko uzgadniać z Moskwą, ale ja zaraz odparłem: no to gdzie jest ta Wasza niezależność?! - co to Moskwę obchodzi? - Z politykami szło tam bardzo ciężko - przesuwano terminy, decyzje, itp. rzeczy... Ale ja się wtedy odwołałem do gazety pt. "Kaliningradzka Prawda", która jest rzecz jasna dziedziczką "Prawdy" rosyjskiej. Pamiętam redaktor naczelny chwycił się za głowę w tym momencie, gdy pokazałem mu materiały i powiedziałem dokładnie co chcę tutaj zrobić, i on później potrafił to jakoś skonsumować i przepchnąć oraz w efekcie przekonać wielu ludzi ku wydrukowaniu tego artykułu – Pamiętam była to środa - a w piątek ukazał się w tej gazecie wielki i obszerny artykuł dotyczący tego koncertu. Ja natomiast, sam osobiście, kupiłem 50 sztuk tego wydania, powycinałem ten artykuł i każdy z osobna powysyłałem wszystkim "ważnym" osobom tam w Kaliningradzie : Admirałowi Floty, burmistrzowi, radnym, i wielu, wielu, innym decydentom, którzy mają tam coś do powiedzenia – I w sumie nie mogli się już nie zgodzić, bo istniała obawa, że może nagłośnione zostanie to w mediach USA, itp., i że może się z tego zrobić jakaś sprawa polityczna(?) - Zatem "poszły konie po betonie" i koncert się odbył, i co jest ważne w refleksji tego przedsięwzięcia – że po raz pierwszy tam w Rosji uhonorowano jednak Papieża, i w taki sposób, był On tam obecny...A gdy po koncercie tym, w Kaliningradzie, kiedy wszystkim wręczano kwiaty i dyplomy itp. inne pamiątki - przedstawicielka władz rosyjskich w podziękowaniu swej mowy, pośród innych zabierających głos, powiedziała, że "myśmy myśleli, że pan Jan Milun przyjechał w trochę innej misji, delikatnie mówiąc tej bardziej jakby politycznej, a tu się okazało, że odbył się tak wzruszający i piękny koncert" - Przepraszam, że opowiadam tutaj, jakby celowo, o tej "kuchni", celem załatwiania spraw organizacyjnych, do czego sam przykładam rękę, ale takie są realia "misji specjalnych" i ich uroki całego zaplecza... To samo, a nawet bardziej skomplikowane, będzie na Białorusi u Łukaszenki. Wiem! - Tutaj celowo to zestawiam i daje do myślenia – ile sił trzeba poświęcić i znów zmagać się z kurtynami i barierami, wkładać znów własne ogromne środki, czas, i energię, żeby jakoś to wyprowadzić ku efektowi koncertu... Ale po prostu chcę, po swojemu po duchowemu, tak z "potrzeby serca" tam zrobić to samo, i też mocno wierzę, że się uda, żeby dać tam ogromną nadzieję, choćby sypnąć tego zboża złota twórczości przede wszystkim Moniuszki, który pisał przecież, jak to już wielokrotnie wspomniałem, na pograniczach kilku kultur – bo dla : Polaków, Białorusinów, Litwinów i Rosjan a nawet dla Ukraińców, i ta muzyka miała i ma dalej nas s sobą łączyć...

Z. K. Pan pięknie walczy i kopii nie kruszy! – A walczy Pan, o godność nie tylko o sacrum, którego ona jest częścią, ale o godność zapomnianych wartości narodowych, w muzyce, gdzie są zapisane walory walki nardu i Jego dramat w ciężkich chwilach, których nam w przeszłości nie brakowało tak jak i zewu krwi Pozwoli Pan, że zadedykuję Panu, w tym momencie, jeszcze inne słowa tej samej naszej polskiej poetki z XIX wieku, o której tu była już mowa, słowa Elizy Orzeszkowej, która spoczywa w Grodnie, gdzie Pan się wybiera z tą następną trudną, i chyba najtrudniejszą, misją swego koncertu – Nich zatem Święty Duch wiedzie Pana, i Duch Jana Pawła II, który jest u Pana boku prawego na pewno obecny, nich prowadzą śmiało, bo te słowa brzmią proroczo, i nich zwieńczają tę misję ; " Uczyniliśmy z domu tego dzieło, mające wagę i piękność społeczną, uczyniliśmy z niego ognisko, które szeroko poza swe ściany rozlewa kręgi ciepła i światła..." – I tak niech to brzmi dalej Panie Janie, bo bardzo wiele już tu się dokonało... A wiele światła, dla "rzędu naszych dusz", jeszcze się jasno wyświetli...Widzę w tej chwili wzruszenie w Pańskich oczach...Ma Pan wiele zaszczytów i uhonorowań : na piśmie, w listach gratulacyjnych, podziękowań, w dyplomach, i innych duchowych honorariach jak wręczenie "Honorowego Obywatelstwa" (przez władze miasta Brzeg, do którego Pańska rodzina i Pan przybyliście )- Są także podziękowania od : wybitnych osób z Polonii, Kongresu Ameryki i Senatu i Ministerstwa Kultury Polski (z roku 1996) tytułu : Zasłużony dla Kultury Polskiej oraz co ważne! – Wielkie najwyższe Wyróżnienie : amerykański Medal Jerzego Waszyngtona. Są listy, i pozwolę sobie tutaj zacytować słowa z jednego, o następującej treści: "Drogi Przyjacielu! – Jestem szczególnie dumny, że ta podwójna rocznica skupia talenty dwóch artystycznych klejnotów stanu Massachusetts: Towarzystwo Muzyczne im. St. Moniuszki z Bostonu, czyli Jana Miluna oraz
kompozytora światowej sławy Krzysztofa Zarbę z jego Symfonią da Camera, której prawykonanie odbędzie się podczas tego koncertu. Ich niezwykłe zdolności pozwalają mi uczestniczyć w nadzwyczajnej misji, której owoce będą jeszcze długo trwały. Wiem, że ich sztuka ucieszy Was i, będzie godnym uhonorowaniem, zarówno Waszego miasta Kaliningradu, jak i Papieża Jana Pawła II-go..." – To słowa od senatora Roberta Kennedyego wygłoszone przed koncertem w Kaliningradzie. Może Pan jakoś skomentować to wszystko?

J. M. – Wie pan dobrze panie Zbyszku, że zawsze najtrudniej jest mówić o samym sobie - Myślę, że to wszystko, co pan tutaj przytoczył, jakby dokreśla, lub roztacza taką elipsę co do moich działań. Tak istotnie! - takie słowa zostały wypowiedziane po koncercie w Kaliningradzie, ponieważ czuło się tam, że ten koncert spełnił swoje zadanie i połączył wiele sił i narodów, co w początkowej fazie jego zorganizowania budziło opór... Natomiast później, kiedy dowiedziano się, że nie zamierzamy tutaj robić żadnej polityki zgodzono się na niego – a my gościliśmy narody pogranicza: Rusinów, Białorusinów, Litwinów i Ukraińców oraz z wielu wyznań i wielu gości z Polonii, którzy także, jako ludzie tych wymienionych nacji, kiedyś musieli opuścić swoje kraje i wyjechać, lub pozostać na dobre i na złe - doprawdy motywy były różne, ale jakie, to tylko nam wszystkim rozproszonym, jest to dobrze dziś wiadome... byli Senatorowie i delegacje, z Rosji w tym z Polski - Oni wszyscy zaszczycili ten koncert pod nazwą "Ameryka – w podarunku muzycznym dla Kaliningradu", również koncertu poświęconego Pontyfikatowi Papieża, który swe serce powierzył jedynej Matce Bożej Marii Dziewicy wyznając ongiś "Totus Tuus"( czyli cały Twój) i jakby się ziściło to tam właśnie, to pokorne przybycie różnych dzieci do tej swej Jedynej Matki wszystkich : którzy pozostali, którzy wyjechali, i którzy odeszli w chwale nieba...A dodam, że przygotowania do tego przedsięwzięcia rozpocząłem jeszcze za życia Papieża. W ramach tego wydarzenia czyniłem starania, rozmawiałem z władzami miasta Kaliningrad, żeby Ojciec Święty, chociaż na kilka godzin mógł tam zawitać, spotkać się z jego mieszkańcami. Nie było to, jak wiadomo, łatwe ani nie były to przyjemne rozmowy, ale czyniłem to z obowiązku moralnego... Ale co ważne! - że w ramach tego koncertu był tzw. segment muzyczny, poświęcony Papieżowi, gdzie wykonano trzy utwory do słów Jego strof poetyckich. A propos, w takim samym koncercie, jednym z największych w Europie, jaki wcześniej odbył się w Gdańsku,(2 lata przed Kaliningradem 2003) została na tę okazję i tam napisana kantata, na podstawie wierszy Ojca Świętego o Ojczyźnie, co jest bardzo ważne, i ważny może być tu fakt, że tę kantatę napisał był znany kompozytor francuski z Nowego Jorku - a ja byłem jego takim "doradcą do spraw polskich" w czasie tego zacnego procesu twórczego... Co do tego koncertu w Kaliningradzie, dostałem odmowę wizyty Papieża, bo byłoby to dla Rosji rzecz jasna przecież nie wygodne! - Powiem, że straciliśmy wszyscy – oni cynicy - i my, tę szansę już bezpowrotnie...I nic więcej tutaj nie mogę dodawać, jedynie mieć wielką radość, że koncert ten przybrał tak wielką rangę, zatem i znaczenie jego było wymowne i chyba dobrze spełnione, bo mam nadzieję, że drzwi zostały, uchylone dla następcy Jana Pawła II-go do Rosji. Oby!...

Z. K . : Jest Pan rzeczywiście bardzo skromny a jednocześnie konkretny – nie wspomina Pan jednak o wielkim wydarzeniu artystycznym jakim był koncert, zorganizowany przez Pana w Bostonie w 1982 roku - w rocznicę wprowadzenia do Polski stanu wojennego, gdzie dochód z tego koncertu przeznaczono na pomoc rodakom w Polsce. Natomiast w 2001 roku w tymże Bostonie uczciliście innym wielkim koncertem 100 rocznicę urodzin Prymasa Tysiąclecia, Stefana Wyszyńskiego, było jeszcze kilka innych. No... i tak jak i tutaj co do szczegółów przywoływanego non-stop Kanlinigradu, Pan nie mówi o zapleczu! - dlatego muszę powiedzieć sam o tych szczegółach, że dość szeroko rozpisywała się o tym wydarzeniu (w 2005 roku) prasa polska i zagraniczna – Został wydany wtedy specjalny program, zresztą wspaniale zredagowany, bo na foliowanym kredowym papierze, formatu A-4 , gdzie właśnie retrospektywnie znalazły się: fotografie z poprzednich takich koncertów, wykaz gości zaproszonych z całego świata, delegacje, itp. znakomitości życia społecznego. Była także inna oprawa w postaci plakatów i informacji w radio i TV... Wiedzieć trzeba, że Kaliningrad to miasto rozsławione imieniem Imanuela Kanta - jest tam Jego grób i pomnik. Zatem pomost tutaj jest ogromny, bo dochodzą Niemcy, na którym stanęły różne religie od wschodu do Zachodu. Wspomnieć też należy jeszcze, że przepięknym znakiem, takim łącznikiem czasu, było wykonanie Koncertu Warszawskiego, co ważne! - przez filharmoników rosyjskich!- poświęconego Powstańcom walczącej Warszawy w 1944 roku. A przecież, wiadomo, że do upadku tego historycznego Powstania przyczynili się ongiś radzieccy ludzie... (Oczekując na samo wykrwawienie się powstańców, i wiedząc, że Londyn nam nie pomoże.) I to jest warte szczególnej uwagi...watek następny - ogromne wrażenie na uczestnikach koncertu kaliningradzkiego wywarła światowa prapremiera "Symfonii de Camera" R. Zarby, skomponował ten utwór, gdy syn jego zginął w samolocie, który porwali terroryści islamscy, po uderzeniu w wieże World Trade Center w dniu 11 września 2001 roku. Ten hołd jakby oznajmia współczesnemu człowiekowi, i nam wszechobecnym w każdym z zakątku świata, o innych tragediach tam gdzie jest używana przemoc, a zwłaszcza w odmiennych kulturach. Od siebie jako publicysty, dodam obowiązkowo, że był to na pewno także koncert o szerszym znaczeniu, który wskazał na wartość życia, na jego miejsce w bycie tego świata, kiedy szerzy się tzw. "kultura śmierci" zwłaszcza wśród młodych ludzi... W świecie, gdzie na pewno terroryzm nie jest walką o Boga, bo ludzie, którzy czynią spustoszenie w imię Boga, i wykraczają wobec Ducha Świętego, będą potępieni na wieczność, nawet w zaświatach...To mówią ewangelie Wszystkich Świętych. To przecież nikt inny jak papież przyczynił się do duchowego przebudzenia świata, bo nawet ateiści, i inaczej wierzący, też uważają Go za swojego przywódcę i niebywałego Pasterza jakiego jeszcze nie miała Ziemia po Chrystusie. Powinni o tym wszyscy, mądrzy, i ci chcący posiąść jakakolwiek wiedzę i władzę, wiedzieć. A tutaj wprost dziwi, że Pan Panie Janie potrafi jednak w tylu ludziach, w tylu wykonawcach, innych autorytetach, uruchomić tak ogromne siły witalne, i to w różnych miejscach świata, bo przecież nie tylko pieniędzy potrzeba do tego celu ale i innych środków, w tym i tych duchowych. To niekończąca się, jak wiem, misja... Nie ma czego żałować, i na pewno tego nie czyni Pańska mama, tam w niebiosach, że jednak nie został Pan księdzem – proszę mi wybaczyć w tym miejscu te słowa, bo to co Pan robi, co tu dużo mówić - to jest o wiele, wiele, więcej! (tutaj pan Jan się uśmiecha szczerze i serdecznie...)

J. M . – Powiem tak - Wielu różnych ludzi, którzy pojechali za ocean do Ameryki, żeby coś sensownego zrobić, na pewno działało, każdy na swe czasy, równie szczerze i z dużym poświęceniem – Trzeba powiedzieć, nawet z mego doświadczenia i z różnych moich obserwacji tam w Polonii, że prędzej czy później każde pozowanie zostanie zdemaskowane, lub nagrodzone, gdy tylko nadejdzie właściwy czas. Przykłady? - Wspomniałem Pułaskiego, czy chociażby Tadeusza Kościuszkę, którzy walczyli już wtedy o wolność murzynów, czyli o zniesienie niewolnictwa, i kiedy prezydent wówczas rezydujący w Stanach Zjednoczonych daje Kościuszce, za swe zasługi wojenne, 6 tysięcy akrów ziemi – On jako generał Tadeusz Kościuszko nie przyjmuje tej ziemi w Waszyngtonie, i powiada ; "Panie Prezydencie ja oddaję tę ziemię za wolność Murzynów..." - Przecież jest to akt najwyższej rangi i wagi pozbawiony najmniejszego cienia cynizmu, jest to akt serca idący ku temu, żeby uznać tę sprawę za bardzo ważną i cenną z punktu widzenia Polaka a zatem i Polski – bo pada to z ust autorytetu spełnionego odruchem serca!- Nota bene dodam tutaj, jako ciekawostkę fakt, a jednocześnie nie zdradzę chyba tajemnicy poliszynela, że o tym zdarzeniu "darowania" w Ameryce Kościuszce wówczas ziemi, jeszcze nikt głośno nie powiedział, bo ma to swój oczywisty i znaczący wymiar. Ale jest to tam w dokumentach historycznych zapisane. Sprawy rasizmu w Ameryce i świecie nie są w pełni jeszcze zakończone!... Ale Kościuszko wyraźnie to tam - wtedy już, powiedział, i powstaje tu pytanie - czy kto inny od tamtego czasu coś piękniejszego powiedział? – na pewno tylko Jan Paweł II, kiedy powierzył siebie całego Totus Tuus Jednej Matce Bożej w tym wszystkim co robi, oddając i za nas duszę i serce i w sprawie pokoju świata – Trzeba orzec jasno, że takie znamiona występują tam, gdzie w grę wchodzi objawienie Świętego Ducha – Wiem o tym dobrze... Pamiętam, kiedy to wyprowadziliśmy piękną ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej z kościoła św. Stanisława przy 163 Chesmut St. w Chelsea na Manhattanie,(później w XXV rocznicę)przy szerokim współudziale Gości i całej Polonii, w X rocznicę pontyfikatu Ojca Świętego, i przewieźliśmy na papieskim oplu, (którego sprowadziliśmy z Rzymu na tę okazję,) i kiedy wprowadziliśmy to wyobrażenie Matki do katedry św. Patryka, gdzie za chwilę odbył się koncert, o którym tu była już mowa, to w uczestników tego aktu wstąpił ten sam Święty Duch, zwłaszcza gdy zaczął się sam koncert - pojawiły się łzy radości, łzy szczęścia i pokoju...tak jakby był tu obecny sam Papież, ale na pewno był tu tylko duch Jego...A później nastąpiło wykonanie muzyczne Litanii Ostrobramskiej naszego Moniuszki...To jest trudne do opisania! - ale pozostaje w nas na zawsze, choć na co dzień nie wyrażamy tego jawnie... A we mnie szczególnie mocno zabiło wtedy serce, jako osoby organizującej i biorącej w tym akcie czynny udział...Są to akty, które jakby same powstają, tak samo jak i czyny, które je tworzą - To są odruchy samoczynne i nie mające nic wspólnego z jakimkolwiek fałszem, czy polityką lub inną działalnością, na której można zbić kapitał socjalny i inny - Wszystkie moje koncerty tak traktuję "z potrzeby głosu serca", i dlatego chyba każdy z nich ma spełniony swój duchowy cel, wbrew początkowych dużych trudności, ten cel który musi być spełniony do końca. Wtedy też wchodzi w tę misję niewątpliwie duchowy wymiar, który jakby decyduje przy wszelkich innych negocjacjach co do powodzenia owej misji, którą naonczas biorę z całym dobytkiem ku sobie. Myślę dziś, że na pewno trzeba w sobie wytworzyć ten klimat i go wypracowywać latami, żeby wyjść całym sobą coraz bardziej otwartym do swoich zainteresowanych. I znów przykłady : - Kiedy jechałem z "misjami" koncertów np. na Litwę - brałem z sobą zawsze litewskich kompozytorów – Jest taki kompozytor Gajdialis, to słynny dziś tam kompozytor, mieszkający od lat w Ameryce, albo inny jak Kaczynskas, i ja robiąc wtedy koncert na Litwie przywiozłem tam ich różne kompozycje, żeby przekonać władze i TV litewską, że chcę wykonać właśnie między innymi tych kompozytorów, czasem są to inni nieznani - to tak jakby mi jakiś anioł szeptał co i jak robić... Używam czasem różnych słownych sposobów do tzw. perswazji, będąc obecny i żywy tam na miejscu, co daje oczekiwany efekt, i wtedy nikt nie może mi jakby odmówić moich dalszych tajemnic... Wybaczy pan Zbigniewie - nie będę tu zdradzał moich tajemnic duchowych, ale wiedzieć trzeba, że na pewno pokazuję wszędzie i przede wszystkim to co i gdzie dotychczas zrobiło moje Towarzystwo Muzyczne im. S. Moniuszki z Bostonu - To jest, rzecz jasna, najważniejsze!

Z. K. Panie Janie, aż ciśnie się na język pytanie o Ojca Świętego. Nie sposób tworzyć takie koncerty, mówię "tworzyć", gdyż jest to dar twórczy, wiążący się z wyobraźnią i pomysłami, nie sposób nadawać im taką rangę jako pasji, i z takim poświęceniem osobowym i użyciem własnych środków, wręcz misją, z takim pomysłem i zaangażowaniem serca - nie znając osobiście Papieża! – A do tego trzeba na pewno znać Jego twórczość poetycką, treści encyklik, żeby tworzyć takie pontyfikalne koncerty w świecie, mające swój cel w ogromnej mierze pojednania narodów i ekumenizmu...Może zdradzi Pana swoje pierwsze
kontakty, a później dalsze spotkania z Ojcem Świętym – Kiedy Pan pierwszy raz spotkał Karola Wojtyłę? - a później jako Jana Pawła II-go Papieża?

J. M. Było to w roku 1976. Kardynał Karol Wojtyła miał swój odczyt na Uniwersytecie Harward z filozofii z zakresu fenomenologii, który to odczyt wówczas spotkał się z ogromnym zainteresowaniem słuchaczy. mocno się interesowałem już wtedy filozofią teologiczną i byłem obecny na tym odczycie, kiedy wystąpił jako wykładowca, oczywiście po angielsku. Karol Wojtyła mówił wtedy jasno, konkretnie, czysto i rzeczowo i jako kardynał jednocześnie bez jakiegokolwiek zarozumialstwa, czy wręcz wymądrzania się, i bez zbytniej powagi profesorskiej, co bardzo rzeczowo dobiegało do uszu i serc słuchaczy, a na sali była cisza pośród samych zainteresowanych. Trzeba dodać, że o Polsce już wtedy szeptano głośno, o ruchu wolnościowym, i związkach Wojtyły z twórcami solidarności...mówiono o tym, że zajmował się twórczością poetycką
a w tym i społeczną działalnością w wspólnotach... Po skończeniu wykładu słuchacze chcieli z nim jeszcze pozostać i długo w holu z nim rozmawiali w grupce i osobno. Wiadomo było, że zostali urzeczeni i głęboko poruszeni nie tylko aspektami tego wykładu, ale i retoryką, a także osobowością samego prelegenta. I mówiąc tu zupełnie prywatnie, mogę znów powiedzieć, że już wówczas On jako ten człowiek z "dalekiego" kraju, poruszał ludzi wszędzie napotykanych - odczułem wtedy, że Amerykanie już wówczas "wytypowali" Karola Wojtyłę na tron papieski. Po tym spotkaniu wywarł On wtedy na obecnych bardzo wielkie wrażenie, nie tylko jako znawca filozofii, teologii, ale również jako osoba duchowna... Także i nabożeństwa odprawiane przez Niego tu w USA zgromadziły tłumy, poruszyły serca i sumienia...Ja również głęboko przeżyłem taką Mszę świętą odprawianą przez Niego w Bostonie. W tym czasie w Polsce rodziła się już "Solidarność" jako ruch z wiarą...I słuchając wtedy tego wykładu, jak i wtedy będąc obecny duszą i sercem na Jego mszy, nie będąc wcale pewien, że kiedykolwiek będę jeszcze stąpać po polskiej ziemi, jako emigrant z wyboru - A tu, oczekiwany dostojny Gość z Polski, stwarza dla mnie, dla nas, w świątyni, swoim kazaniem taką atmosferę i tak wzniosłą, że każdy z obecnych na nabożeństwie Polaków miał łzy w oczach i mógłby, natychmiast w tej samej chwili, pieszo wracać do Ojczyzny...Nastąpił wreszcie moment, kiedy to po mszy świętej spotkaliśmy się z arcybiskupem Karolem, i nie potrafiłem ze wzruszenia sensownie przemówić, chociaż bardzo chciałem, zacinałem się parokrotnie z powodu tremy. Ale okazało się, że mój Rodak rozumie mój stan, bo poklepał mnie po ramieniu, mówiąc: "Proszę Pana, nic na ziemi nie jest wieczne, także ten ustrój w Polsce. Jego dni są policzone i jeszcze będzie Pan wracał do siebie na pewno nie raz..." - Potem rozmawialiśmy już spokojnie, przez jakieś dwadzieścia minut. Od tego momentu otrzymałem wielkie duchowe wsparcie, i jakby potężną dawkę magnetyzmu do serca i przypływu energii. Naprawdę proszę mi wierzyć, poczułem, że wtedy rozmawiam z wyjątkowym człowiekiem...Jakże wielka była radość kiedy w dwa lata później dowiedziałem się wraz z innymi w Bostonie, że 1978 roku arcybiskup Karol Wojtyła został wybrany papieżem, tym bardziej przeżyta była wewnętrznie, gdyż nie tak dawno tutaj siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy nie tylko o Polsce... Natomiast już do następnego spotkania doszło w 1979 roku, kiedy Jan Paweł II przyjechał do Ameryki z pielgrzymką. Przyciągnął wielką, potężną uwagę milionów ludzi, w tym młodzieży. Wszystkie grupy i wspólnoty oraz inne wyznania, skandowali wszyscy i wszyscy składali Mu taki swoisty hołd : katolicy, prawosławni, protestanci, a nawet ateiści. Amerykanie zaakceptowali Go jednoznacznie - jako otwartego i światłego na dialog człowieka i głowę Kościoła wszystkich wyznań. Poza tym żaden papież nie był dotychczas jeszcze w Ameryce! – to było też znamienne! - Z Ojcem Świętym spotkałem się w Rzymie cztery razy w różnych okazjach. Dowiedział się o moich koncertach już wcześniej, i wypytywał o nie, gratulował oraz życzył mi wiele siły...

Z. K. Panie Janie! - bardzo mnie interesują same organizacje koncertów, bo są to miejsca różne, różne kraje, nawet te, nazwę je słoneczno- latynoskie(?) - nie wiem, czy to dobre określenie, ale chodzi o kraje karaibskie, Haiti, Salvador, gdzie mieszkają czarni ludzie i wyznawcy wiary, tak jakby daleko od centrum religijnego od Rzymu, a gdzie z kolei jest wciąż niespokojnie i jakby do samego papieża jest wtedy jeszcze dalej. A jednak! - a być może właśnie dlatego(?) garną się tam do takich spotkań ludzie wszelcy – zaangażowani i nie zaangażowani, inni...A jednocześnie rośnie poczucie sacrum, w takich momentach, i opór tej abstrakcyjnej władzy jest mniejszy. Wiadomo, że jednak wbrew trudnościom zorganizował Pan i tam swoje koncerty - Jak do tego merytorycznie dochodziło? - Jak Pan w takich momentach zadziałał swoimi mocami sprawczymi, żeby odnieść i tam pożądany skutek?

J. M. Powiem, że kiedy zawitałem do Haiti, dowiedziałem się, że tam mieszka jeszcze 380 rodzin, które pierwotnie tam się osiedliły – coś wiedziałem! - że w okresie marszów Napoleona oni tam pozostali, bo kiedy podbijał Afrykę, a miał przecież w swych szeregach walecznych Polaków, których był posłał wtedy na walkę z Murzynami jako tych najbardziej zdolnych – ale oni odmówili walki i przyłączyli się do murzyńskich oddziałów oraz pomogli nawet przy stworzeniu konstytucji w 1805 roku, pozostając w Afryce na stałe. Jestem dumny, że tam odkryłem na nowo właśnie tych Polaków, których rodowód trwa od 1802 roku, a są zapomniani! - A więc chciałem przypomnieć nie tylko narodowi polskiemu, ale i światu, że tam też Polacy mieszkają, których zresztą odwiedził Ojciec Święty, a zapomina o nich Polska. Papież był tam u nich w jednej ze swych pielgrzymek do Afryki. Miejsce to znajduje się 57 kilometrów na północ od Cora Prince – to afrykański Capitol, natomiast miejscowość ta, gdzie oni etnicznie zamieszkują, nazywa się Cazale. Byłem tam wśród tych Polaków, i muszę powiedzieć, że wzruszenie było ogromne - bo ja płakałem, i oni płakali, i tak na prawdę nie wiedzieliśmy dlaczego tyle uczuć, ale czuliśmy ogromną więź duchową...Oni byli zaskoczeni i zdumieni, a jednocześnie urzeczeni, że ktoś taki z Ameryki z jakąś misją do nich, na krańcu świata zapomnianych, przyjechał z jakimś ważnym posłaniem(?), a właściwie nie wiedzieli dlaczego się zjawiłem? Inni na ten czas by tam zaraz świętowali itp. rzeczy robili, ja przyjechałem do pracy. I potraktowali mnie jako łącznika pomiędzy pra-pra-pra-dziadami, a Polską, o której coś wiedzą, a jednocześnie widzieli we takiego wysłannika katolickiego... A w efekcie brali mnie za takiego czynnika duchowego, i ja właściwie takim się poczułem tam, będącym fizycznie obecnym wśród nich spragnionych polskości i dobrego słowa. Tam w Haiti jakby wzmocniłem więzy ich z Polską, przypomniałem i dałem nadzieję i opowiedziałem wszystko o naszym papieżu. Dla nich muzyka była czymś magicznym i znamiennym, kiedy opowiedziałem o tych moich koncertach - Ja przywiozłem dla nich, w pewnym sensie to błogosławieństwo z polskiej Jasnej Góry. Proszę pomyśleć, i sobie wyobrazić co myśleli(?)- ktoś zza granicy, gdzieś skądś? - z daleka jakby w imieniu wszystkich Polaków? - przybywa, a tu w ciągu piętnastu minut dosłownie ta cała miejscowość Cazal, wszyscy mieszkańcy, zbiegli się do mnie, chcąc się przywitać i na żywo czegoś dowiedzieć, w tym i o mej duchowej misji. Natomiast koncert odbył się później...Wie pan, powiem tutaj w odniesieniu do wszystkich koncertów - a zwłaszcza do tych, które organizowałem w tzw. "trudnych" miejscach - czym więcej trudności to działanie i przygotowanie człowiekowi dostarcza – tym bardziej się to opłaca ku radości i chwale wszystkich wciągniętych w to po drodze ludzi. Przepraszam, że jako przykład znów tu wspomnę, koncert w Gdańsku - przyleciało tutaj wielu wykonawców, wielu artystów i tych indywidualnych, wprost na własny koszt! - To też dużo mówi - prawda? – Ja powiadam, o takich koncertach i ich formie, znaczeniu, czyli tematyce, cały świat : Biały Dom, Senat amerykański, Kongres Polonii, Ministerstwa Kultury państw, i inne władze społeczno – kulturalne poszczególnych państw oraz ich ambasady – I proszę, nich to nie zabrzmi tu trochę patetycznie, ale tak to trzeba dziś robić - że jest taki a nie inny nośnik pokojowy i wymiar etniczno pojednawczy - a zarazem poznawczy, jeżeli idzie o muzykę polską, dlatego musi o nim wiedzieć sam Prezydent, który będzie lub nie - ale otrzymuje specjalne zaproszenie, jak i wszelkie organizacje, w tym i kościelne, i one muszą odpowiedzieć mojemu Towarzystwu Muzycznemu w Bostonie na takie zaproszenia. Zatem ta rodzina moich pobratyńców duchowych i pokojowych, osób zwłaszcza tych wielkich, musi się powiększać tak, żeby jednocześnie skutecznie mogli oni to rozpowszechniać, ale i bronić tych praw i wspierać mnie - czuję się przez to nie osamotniony, a wprost nie jestem w tym działaniu zapominany...

Z. K. Miejmy nadzieję, że to nowe nadchodzące stulecie będzie się zmieniać na bardziej kulturalne społecznie i szczęśliwe w przeciwieństwie do tego ostatniego stulecia, bardzo krwawego zresztą, bo opiewającego w przeróżne zawirowania i ruchy, już nie tylko w Europie ale w świecie. Trzeba powiedzieć, że chociaż to stulecie "ostatnie" było ogromnym czasem przelewu krwi dla wielu ludzi, to z drugiej strony, było ono bardzo obfite w wynalazki, ale to głownie dlatego, że to wojna wymusiła nowe technologie i działania wszelkie ekspansji techniki - To oczywiście zostawmy, bo zbrakło by nam tutaj czasu! - Ale trzeba nadmienić, że nie bardziej jak właśnie teraz, w tym początku nowego Millenium, jest nam potrzebne uduchowienie i odnowa natury, sanktuarium człowieka, który właśnie w ferworze tej wynalazczości i pędu gospodarczego, a mówię tu najbardziej o Europie środkowej, zapomniał o swej stronie duchowej a wprost wstydzi się ją okazać, przez co wręcz nadwyrężył trzon natury ludzkiej. Jan Paweł II – gi, jeszcze za życia, promował nie tylko ekumenizm, który miał łączyć spójnie poszczególne kultury wyznań i narody, (o czym się już zapomina) ale wyraźnie wskazał o potrzebie wielkiej nadziei na Trzecie Millenium do odbudowy moralnej i duchowej, która – a był pewien, powinna nastąpić w następnym czasie...Powinna wtedy nastąpić, jak oznajmiał ten Prorok naszych czasów, odnowa kulturowa i zwrot ku sacrum w wszelkim działaniu człowieka. Powstaje tutaj wielkie pytanie, gdyż jak wiemy powstał kilka lat wstecz konflikt dwu kultur wyznaniowych Wschodu i Zachodu - Jest to ogromne zagrożenie, a z drugiej strony mobilizacja racjonalności i wartości człowieka rozumnego, który oświecony w tym wszystkim powinien zapanować nad tym zagrożeniem. Należy się zintegrować wewnętrznie i podjąć wszelkie działania, o zachowanie wartości, które już dokonały się podczas pontyfikatu Jana Pawła II-go. I trzeba powiedzieć, że sztuka jaką dziś tworzy człowiek rozumny, czyli homo-sapiens, przejawia się wielkim niepokojem o wartość najwyższą jaka jest życie na świecie. Ale ma ona tu wiele do spełnienia...Może odniesie się Pan do tych kwestii i wspomnianych tutaj przeze mnie kwestii wartości, jako naprawdę niezbędnych, dla dalszego życia, nie tylko na pograniczach kulturowych polski, ale w stosunku do sfery świata, do jego odbudowy duchowo – moralnej? - Pan bardzo dużo czyni w tej kwestii, tym bardziej doświadczenie tutaj mówi więcej, ale jak trzeba ? - a tutaj najbardziej, z kulturą zwłaszcza, z jej okazywaniem uważać, żeby nie naruszać wartości uczuć innych kultur? - To sfera bardzo cienkiej nici... Pamiętamy jak pokazano w karykaturze wizerunek Mahometa z bombą na głowie, i pamiętamy ile z nieracjonalnego myślenia, w działaniu powszechnym ze sztuką, może wyrządzić zła zwykłą karykaturą, jak wtedy momentalnie rośnie niepokój, gdzie także inni pseudo artyści używają krzyża, bez zastanowienia profanują wizerunki, jako barbarzyńcy ongiś, i teraz - mając taką nieświadomą potrzebę, żeby sprofanować i sprowokować inne uczucia, lub zagrać na godności- oni używając wolności, do której właśnie trzeba podchodzić bardzo odpowiedzialnie- oni zawieszają np. na tym krzyżu genitalia, lub coś w tym rodzaju kombinując...Oznajmiają tym samym, czego nie wiedzą sami, że są wprost niedouczeni, lub depczący nieświadomie sferę uczuć bliźniego, czyli są barbarzyńcami bo jakby nieświadomie niweczą to co zrobili już inni, stawiając własne wyobrażenia... Zatem "jedni drzewka sadzą - inni idą ich śladem i je łamią"... Przykład? - to było swego czasu, gdyśmy jako Polska wchodzili do "NATO" w Brukseli, a pokazano tam w onym czasie wystawę, co zawsze moim rozmówcom daję, jako za jeden z przykładów, która oburzyła nie tylko uczucia katolików - i doprawdy, nie warto tutaj wymieniać nazwisk, tak jak nie warto bronić tej pseudo - sztuki tłumacząc, że to działanie irracjonalne i metafizyczne artysty i konceptualizm, ale pokazuje to działanie często skrajną głupotę, co podpisane jest pod demokracją wolności osobistej, ale skoro osobistej – to dlaczego wypowiadane jest aż publicznie?! – a no po to, żeby zbić tutaj kapitał głośności własno - osobistej? – A to jest przykład cynizmu, i to w najwyższym wydaniu, który zaczyna rządzić światem. Przyzna Pan, że coś tu nie tak! -zatem, co robić? – i jak to robić Panie Janie? - Pytam Pana, jako człowieka "obywatela świata", globbetrottera i osobę, dziś z ogromnym autorytetem moralnym, reprezentującym kulturę z sacrum, a jednocześnie będącym w swym działaniu niezależnym dyplomatą i filantropem... Jak Pan może odnieść się do tak nakreślonych wizji i tych kwestii?

J. M. Wie pan - ja na to patrzę z punktu widzenia człowieka czynu. Nich pan spojrzy - nowy papież Benedykt XVI, kiedy tylko objął swój apostolski tron wpierw przyjechał do Polski, jako kontynuator, a jednocześnie jako niezależna osoba, i do Oświęcimia! – osoba światła, która chce pokazać światu jedną z wielu zasadniczych spraw i prawd co pokazał czas, a mianowicie to, że od Polski trzeba się uczyć wielu rzeczy. To nie dla papieża należy się uczuć, co jest tutaj jasne, ale dla pokoleń, które trzymać powinna wiara i duchowa więź. I nie dlatego, że jestem rodowitym polakiem, doświadczonym – powiem, że to jest zasadnicza sprawa i fenomen Polski, która tutaj może odegrać, i już zaczęła odgrywać, taka rolę odnowiciela z racji naszego wielkiego Polaka, który już bardzo wiele zrobił w integracji narodów, ale wydaje się być coś na rzeczy, że Polska ma tu jeszcze wiele do zrobienia, wbrew pozorom, jednak jako naród głęboko doświadczony i uduchowiony w wierze trwania, która to wiara, jak już wspomniałem wcześniej, pozwalała nam zawsze przetrwać okropności, choćby tego ostatniego wieku, o którym pan sam tutaj, jako krwawym okresie dziejów, wspominał... Czyli wielka nadzieja w tym względzie, odnowy kulturowej, leży także na Polsce zwłaszcza, że jest tu w jakiś sposób włączona do państw Europy tej rozwiniętej, jako kontynentu wielu różnych narodów i nacji oraz wyznań... Uważam, że jest to ogromne i odpowiedzialne zadanie dla nas jako Polaków, kraju który obecnie pełni funkcje takiej strefy buforowej na Wschodzie – tym bardziej musimy sprostać i wiele, tych spraw i rzeczy, "ocalić"...Choć na pewno trzeba do tego cierpliwości, i na pewno odczekać trzeba z pokorą, na przemiany demokratyczne w Rosji, której trudno się pozbyć roli mocarstwa - Tam trzeba odegrać dużą rolę co do sfery moralnej i szeroko - pojętej ekologii – bo patrząc z tego punktu wiedzenia, może jeszcze dojść do tragedii np. co do zasobów na dnach mórz wokół Rosji, gdzie spoczywa bardzo wiele złomu nuklearnego – Tutaj Europa musi pomóc, ale jest tutaj wielka rola mądrej rzeczowej polityki państw zaangażowanych i zainteresowanych, które dokonały u siebie wiele napraw w tych sferach. A jednak, jak się okazuje, niemiecki kanclerz Schreder za swej kadencji, pozwolił wejść w pakt z Rosją celem budowy ogromnego rurociągu, co ze strony Rosji ma aspekt czysto polityczny, którego budowa może poruszyć dnem mórz, a co może wyraźnie zagrozić życiu ludzi całej Europy. Gdzie okazuje się, że wysoki polityk wykorzystał swoje stanowisko i jako cynik wszedł, delikatnie mówiąc, w "konszakty" z Putinem - innym pseudo - graczem wysokim politykiem, w zamian za stanowisko przy budowie tego intratnego przedsięwzięcia, które uwłacza jawnie Polsce – A więc jednak! - ten polityk z wyżyn, wszedł w kontakt z innym cynicznym graczem, grającym pokrwawionymi rękami w kości, na gruzach Czeczenii...Okazuje się, że biznes nie idzie nigdy w parze z szeroko pojmowaną kulturą duchowo - osobistą, a tylko ma znamiona partykularyzmu – Jest to coś, co daje szeroko nam zawsze, do zastanowienia - Tutaj jest wielka rola dla Polski, do odegrania pokojowego, tej i innych kwestii...Jest tutaj ogromne pole społeczne dla Kultury, i właśnie tej, z dużej litery - Jest tutaj ogromne pole dla sfery wspólnot różnych wyznań co do ekumenii - Jest to przeogromnie ważne. Myślę, że jakimś przykładem dla zintegrowania się narodów, w pewnym sensie historycznym, może być Ameryka w "walce" o demokrację, gdzie w zniesieniu niewolnictwa walczyli wybitni Polacy, a która pokazuje, że od ponad 200 lat nie ma tam wojen, i pokazuje, że tutaj ten zlepek wielu narodów żyje w zupełnej symbiozie...A jeżeli już mówić o człowieku, jako jednostce w jego bycie, trzeba patrzeć na niego zawsze przez siebie. I już zupełnie, żeby nie wpaść w patetyczność i zarazem w zarozumiałość, jeszcze raz przypomnę słowa Papieża ; "żeby cokolwiek muc powiedzieć na danego człowieka, wpierw trzeba go zrozumieć, jako brata..."
- Człowiek dzisiejszy, mimo wszystko, poszukuje kontaktu i szuka czynnie też zrozumienia, jako zagubiona istota, na rozstajach tak wielu dróg, gdzie brakuje mu drogowskazów i kierunkowskazów – autorytetów, o czym niemal wszyscy dziś mówią... Trzeba dziś wracać do siebie wprost. Wszystkie ewangelie testamentowe Biblii mówią, że : człowiekowi będzie odpuszczony każdy grzech, bo nim został w jakiś sposób zarażony - natomiast, nie będzie nigdy mu odpuszczony jakikolwiek występek przeciw Świętemu Duchowi, taki jak zbrodnia - bo to jest zabijanie Boga! - który mieszka w nas na wieki. Mówią o tym Ewangelie w/g św. Marka, św. Jana, św. Łukasza i mówił o tym św. Piotr, a Szaweł nawrócił się zostając św. Pawłem. Rola Świętego Ducha jest ogromną, bo pokazuje działanie co najmniej trzech sił jednocześnie, ukazując równość wobec siebie co tworzy oblicze spójności i nierozerwalności Boga. To jest przecież nauka i wiedza, o której trzeba właśnie dziś mówić i tak czynić...

Z. K. Filozofia wiary - jest bardzo pojemna i ogromna w miarę rozciągającego się przed nią- i za nią, czasu, w którym żyje ów człowiek. Natomiast religia wiary jest także zapisem dziejów, które nam coś wartościowego oznajmiają i nas ciągle tworzą – na dziś jest to ogromna wiedza...Filozofia jest nauką nabrzeżną, a tym nabrzeżem jest duchowość. Rolą naszą jest dowartościowywanie naszej wyobraźni w kontekście poza ziemskim. Jest to nam dane z racji prawiekowej
ewolucji, która wykształciła się za sprawą intuicji, czyli po przez czucie rodzaju zmysłowego, i jakby samoczynnie rozwinęła się, po przez ciekawość poznawczą odkrywania tajemnicy od człowieka epoki "kamienia" łupanego i trwa w tym rozwoju nieustannie do dziś, ubogacając erę homo – sapiens, rozwijając jednocześnie jego umysł dany z natury poczęcia... To ogromna jeszcze droga, mozolnej pracy, szukania nadprzyrodzonego prapoczątku, a tym samym potwierdzenia boskości w sobie, i wydobywania jej na zewnątrz czynami racjonalnymi, choć ta boskość to wielka irracjonalność i taka abstrakcja, jak sztuka i coraz bardziej, w miarę odkrywania tajemnic, zagęszczająca się...
- Ja bardzo dziękuję Panu za tak szeroką charakterystykę, wszelkich trwających nieustannie, osobistych działań oraz wiele wiadomości, jako sprawcy naprawdę cennym, tam na kontynencie amerykański, a tym bardziej ważnym tutaj w Polsce, jako skutecznym ambasadorze Kultury Polski, gdzie Muza, którą Pan upowszechnia nosi w sobie dużą sferę uczuć i godności, szeroko pojmowanego i po nowemu rozumianego sacrum. Dziękuję bardzo serdecznie za obecność w sferze nadziei naszego życia, jaką daje muzyka klasyczna, za dar bardzo rzadki upowszechniania pokoju po przez nuty i dźwięki pobudzające zmysł słuchu i czasu ...Odpowiedział ,kiedyś zapytany, ( przez dziennikarkę Radia, zmarły już niestety) znany aktor Andrzej Wojaczek, ( brat poety), dlaczego to wszystko robi? – : mówiąc, grając, czytając poezje, w tym i moje na różnych spotkaniach "poetyckich"- on oddał to takim sobie oschłym, (jak to określił) języku tak : że bardzo ceni i podziwia ludzi, którzy za pomocą kruchych narzędzi sztuki, chcą zbawiać nasz świat. Pozwoli Pan – że niech to będzie taką puentą z naszego spotkania "artystycznego", bo jak dotychczas to spełnia się Panu...

J. M. – I ja, bardzo dziękuję, za możliwość szerszej wypowiedzi o całej filozofii i czynnym moim udziale w działaniach muzycznych oraz za możliwość wzięcia udziału w tej sympatycznej "rozmowie artystycznej", która jest bardzo ważna dla moich poczynań, o które pan zapytywał... Serdecznie dziękuję!

z Janem Milunem z Bostonu w U.S.A
(w maju 2006 roku)

rozmawiał Zbigniew Kresowaty

 

Zbigniew Kresowaty - KreZbi
 

 © 2006 PiIwO. com