back

DRAMATYCZNOŚĆ SUKCESU „UPIĘKSZANIEM ŚWIATA”          
               
                                                       
Rozmowa z dr hab. Hanną Gabrielą Adamkiewicz-Drwiłło, profesorem nadzwyczajnym
Akademii Morskiej w Gdyni, poetką, pisarką i społecznikiem.
 


Zbigniew Kresowaty – Jesteś młodą, ale doświadczoną osobą, nauczycielem akademickim w Akademii Morskiej w Gdyni. Na użytek tego naszego spotkania nazywam cię już kobietą sukcesu, która oprócz pracy naukowej ma czas na „upiększanie świata”, co oznajmia twój tomik wierszy sprzed kilku lat. Jesteś poetką oraz osobą poruszająca się w magii sztuki. Ale jednocześnie wciąż rozwijają się twoje zainteresowania naukowe i koncentrują się wokół szeroko rozumianej teorii przedsiębiorczości i uwarunkowań jej działalności we współczesnej gospodarce rynkowej w powiązaniu z rosnącym znaczeniem konkurencyjności. To taka definicja twego kreatywnego curriculum vitae, które także rośnie. Ale jako „autorskie” zawiera również wiadomość o tym, że zajmujesz się poezją i pisarstwem. Jak wiem, ogłosiłaś kilka tomików poezji, napisałaś książkę, o której proszę także powiedz.

Hanna G. Adamkiewicz-Drwiłło – Rozpocząłeś rozmowę od sformułowania „jesteś młodą, ale doświadczoną osobą”. Zastanawiające – jak względne jest odniesienie do młodości! Gdy miałam szesnaście lat moją wychowawczynią została dwudziestopięcioletnia absolwentka romanistyki. Patrzyłam na nią jak na poważną, dojrzałą kobietę, która wie, jak wychowywać dziewczyny przechodzące burzliwy okres dojrzewania. Ciekawym okiem spoglądałam na rodziców i ich znajomych, zastanawiając się, czy w „tym” wieku (mieli mniej więcej po trzydzieści parę lat) jest jeszcze miejsce na seks. A ty zaczynasz rozmowę od stwierdzenia, że jestem młoda i doświadczona, a przecież mam ponad czterdzieści lat! - Obecnie, w gronie równolatek analizujemy nasze zachowania, obawiając się, że nasze córki przypiszą nam symptomy klimakterium. Czy można w takim wieku być wolnym od doświadczeń? Na pewno nie! Ale chodzi tu chyba jednak o ich moc, siłę, głębokość, barwę, tak zwany „wachlarz”, możliwości. Na pewno – nie każdy umie się pochylić się nad swoimi doświadczeniami, żeby wyciągać wnioski . Na pewno warto przystanąć zastanowieniem, choćby po to, aby zauważyć nawet w sobie człowieka, którego warto nie ominąć, ponieważ zarówno on, jak i nasze drugie "ja" jest niepowtarzalnymi zjawiskami świata, które nie będą miały szansy na powtórkę najkrótszej nawet chwili!
I jeszcze do jednego słowa odniosę się z twojego krótkiego wprowadzenia do naszej rozmowy – "kobieta sukcesu". A kim to jest taka kobieta, powiem w największym skrócie myślowym. Otóż w zeszłym roku po raz pierwszy zrobiłam konfitury z zielonych pomidorów. Nie wiem, czy wiesz, że wszystkie konfitury smaży się przez kilka dni, doprowadzając je powolutku do wrzenia i wystudzając, czekając z niecierpliwością, jaki będzie efekt końcowy tej pracy. Trzeciego dnia, gdy przekładałam konfitury do słoików czułam się autentycznie jak kobieta sukcesu!... Wydaje mi się, że sukces to uczucie, które towarzyszy wysiłkowi osiągania jakiegoś celu. Im trudniejszy jest cel, im bardziej „własny”, im więcej wysiłku włożonego w mozolną pracę przy jego realizacji, tym większe emocje spełnienia. Oczywiście, trud trudowi nie równy, do wielu tak zwanych sukcesów dochodzi się wieloletnim wysiłkiem, a znam i takich ludzi, którzy dopiero w głębokiej, powiedziałabym – bezlistnej już jesieni życia – wieńczą sukcesem dziesiątki lat realizacji jakiegoś celu. W tym kontekście moje pomidorowe konfitury były zwieńczone sukcesem tylko trzech dni pracy i trudno je porównywać do – nazwijmy je – egzystencjalnych celów żywota ludzkiego... ale żebyś wiedział tylko, ile mi te konfitury dostarczyły emocji!... Tyle powiedziałam już, trochę „czepiając się” twoich sformułowań...

Z. K. – No, właśnie. Trochę , jak myślę ze skromności uciekasz od swej sylwetki jako wykladowcy ,a przecież tylko całość działań wieńczy zawsze dzieło. A na pewno jedno od drugiego jest zależne i bardzo ważne jest to, że często do pierwszego sukcesu tego czysto zawodowego, warunkującego dobry nastrój, idziemy szerzej ku innym zainteresowaniom i talentom... Zatem, żeby kontynuować dalej w poszukiwaniu klucza do twej osobowości, bardzo ciekawej i pojemnej, nie tylko naukowo, dodam z uporem maniaka, żeby cię namawiać jednak o pokazanie swego dorobku naukowego – dopowiem, że jesteś autorką podręczników z mikroekonomii, opublikowałaś kilkadziesiąt artykułów i referatów naukowych, wiele zagranicznych. Powiedz co czytelnikowi można ciekawego o ich zawartości powiedzieć?

H. G. A – Jestem nauczycielem akademickim od dwudziestu lat związanym z Akademią Morską w Gdyni (wcześniej Wyższą Szkołą Morską, którą żargonem studenckim wszyscy nazywaliśmy „WueSeMką”), choć tak naprawdę naukowo wyrosłam w środowisku wspaniałych osobowości Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Gdańskiego. Tam ukończyłam studia, obroniłam doktorat, a w 2000 roku uzyskałam stopień doktora habilitowanego.
... Tak sobie myślę, że gdyby z tego punktu widzenia oceniać moje życie jako „kobiety sukcesu”, to niewątpliwie za taką można mnie uznać. Co prowokująco też czynisz. Ale chciałabym mocno podkreślić, że ów sukces był realizacją życiowej dewizy, którą najpierw czułam gdzieś „pod skórą”, w podświadomości, a dopiero po wielu latach przyoblekłam w wypowiedzi... Uważam – tak zwyczajnie i po prostu – że dane jest mi jakby z góry dane szczęście w życiu wykonywać jeden z najpiękniejszych zawodów świata – nauczyciela i uczonego jednocześnie. Zarówno pierwszy, jak i drugi, niezależnie od siebie, potrafią zachłysnąć człowieka magią przygody, a cóż dopiero oba w jednym życiu! Bo dla mnie oba są ważne. Jednak to, że mogę całe swoje życie spędzać w świecie książek, z emocjami brać w dłonie czyjeś dzieła, pisane często przez wiele poranków i nocy, jest chyba najważniejsze. Bo ja całe życie MOGĘ się uczyć! - Nie muszę, ale mogę, właśnie. Uważam, że poznawanie świata jest jedną z najpiękniejszych przygód, jaka dana jest człowiekowi, a nauka fascynującym bytem, w którym tę przygodę można doświadczyć i ubolewam bardzo, że tyle i tutaj jest często nieuczciwości i niegodziwości. Jestem jednym z wychowawców, który wyznacza zachowania, w tym i te etyczne, przyszłego pokolenia, a czasami w tej roli czuję się jak Don Kichot. Nie wiem, kiedy przekraczam granicę, poza którą pozostaje się już tylko śmiesznym. Jednak utwierdzają mnie w słuszności przyjmowania określonych etycznych postaw ludzie młodzi... .Dobrze pamiętam siebie sprzed lat. Bardzo chciałam wtedy mieć jakieś autorytety, ludzi dobrych, którzy uzasadniają trud godnego życia. Teraz młodzież nie jest wcale inna! Zmieniły się tylko realia, które przecież zmieniają się z każdym pokoleniem. Co pozostaje trwałe? - To, że każdy z nas czasami potrzebuje kogoś w rodzaju ojca! -A wracając do wątku związanego z wykonywanym przeze mnie zawodem powiem, że moje wieloletnie obserwacje środowiska naukowego (w tym miejscu mocno podkreślam, że nie tylko nauki polskiej) wskazują, iż większość osób podchodzi do pracy naukowej jak do każdej innej, wykonując ją z mniejszą lub większą znajomością rzemiosła oraz zróżnicowaną pracowitością i rzetelnością. Uważam jednak, że cechą, która powinna być głównym wyróżnikiem dla człowieka zajmującego się zwłaszcza nauką, powinna być pasją, cokolwiek w tym środowisku on czyni... Zawsze uważałam, że jest to podstawowe kryterium klasyfikujące, dające możliwość odróżniania uczonego od naukowca. Wiesz, czym różni się jeden od drugiego? - Uczony to powołanie do zajmowania się Nauką, a naukowiec wykonuje swój zawód i dlatego stopnie i tytuły naukowe są jego celem, natomiast uczony zdobywa wiedzę, a stopnie i tytuły naukowe są tego naturalnym efektem. Idąc dalej uważam, że takie rozgraniczenie pozwala mi na jednoznaczne wyznaczenie ram etyki zawodowej zarówno jednego, jak i drugiego. Naukowiec najwyżej ceni feudalizm naukowy, natomiast uczony – partnerstwo naukowe. Ten pierwszy buduje autorytet na opiniach głoszonych zgodnie z „potrzebą chwili”, jest koniunkturalistą, a ten drugi – na prawdzie, która nie zawsze znajduje akceptację społeczną, bo nigdy nie wiadomo gdzie leży. Realizując w swoim życiu pasję uczonego ma się autentyczną satysfakcję z okresu dojrzewania i osiągnięcia dorosłości przez własnych uczniów. Dla naukowca zdolniejszy uczeń to zagrożenie! Naukowiec dopisze się do publikacji swojego ucznia, uczony występuje jako współautor tylko wtedy, gdy autentycznie przyczynił się do jej powstania. Wiem, na pewno nie jestem naukowcem, ale również wiem – na pewno! – brak mi wiele do wyznaczonego przez siebie ideału uczonego. Jednak bliżej mi do niego niż do rzemieślnika parającego się nauką. I dlatego nie męczy mnie pisanie podręczników, czy różnych opracowań naukowych. Nie oznacza to jednak – Broń Boże! – że nie muszę przełamywać swojego lenistwa. O nie! - Mnie też czasami dopada błogi stan „nicnierobienia”.

Z .K. – Jak na te "częste" (sic!) stany „nicnierobienia”, dużo materialnych przejawów przerw w tych stanach na metafory i zadziwienia! - Chciałbym ,żebyśmy też porozmawiali o twojej twórczości poetyckiej, którą to kwestię albo stan "upiększania świata"– jak dotąd – zupełnie chcesz pominąć? – A wiem, że jest na pewno ważną kwestią twego życia , gdyż wydałaś 8 książek poetyckich. A i nie podejrzewam, żeby była ta kwestia mniej istotna od twórczości naukowej, z której żyjesz, a wiem ,ze również bardzo lubisz ?

H. G. A. – Na pewno poezja to mój żywioł, to moje powietrze, to moje życie! - Jest to świat, który we mnie non stop powstaje, i powiem metaforycznie, że dzięki słowom mogę do niego zapraszać innych rozmaitych ludzi. To właśnie dzięki twórczości poetyckiej jest wokół mnie tak wielu wspaniałych osób. Pierwszy tomik wierszy opublikowałam w 1997 roku. A potem to już „poleciało”! Każdego następnego roku wydawałam jeden tomik. I to, że jakoś tak szło, jakby z płatka, przerosło moje wszelkie oczekiwania. Zatem siebie też można zaskoczyć! -Z ośmiu wydanych zbiorów wierszy, pięć można byłoby ułożyć w pewien ciąg chronologiczny, składający się – nazwijmy to – w całość ,a są to wiersze o moim dotychczasowym bycie i duchowej egzystencji. Natomiast pozostałe tomiki są trochę w innej metafizyce. Co się tyczy zbioru miniatur haiku i senryu pt. „Błądzenie myśli”- powiem, że już wiele lat temu zafascynowały mnie te dwie japońskie formy poetyckie. Obie mają identyczną wersyfikację – siedemnaście sylab podzielonych następująco: 5, 7 i 5 (krótko mówiąc: siedemnastosylabowiec).

Z. K. Proszę, powiedz o tym trochę szerzej ,bo to dość rzadka forma uprawy literackiej w Sztuce poezji. może o wzorach i wizerunkach?

H. G. A . Należy tu oczywiście zacząć od kraju wiśni. Japonia to kraj szczególny i daleki, tak w wymiarze rzeczywistym, jak i kulturowym. Może dlatego tak wielu z nas fascynuje. Haiku to najczęściej sposób wejrzenia w świat przyrody, natomiast twórcy senryu interesowali się przede wszystkim życiem ludzkim. Absolutnej doskonałości przyrody opisywanej słowem przez twórców haiku, autorzy senryu przeciwstawiają niedoskonałość świata ludzi. Uważam, że haiku jest próbą zatrzymania w kilku słowach ulotnej chwili, natomiast senryu – ulotnej myśli. Wiele miniatur zawartych w tym tomiku powstało pod wpływem książek Anthony’ego de Mello, hinduskiego jezuity, zmarłego w 1987 roku, a w szczególności tych książek, w których przypowieściami zmusza czytelnika do samodzielnego myślenia i samookreślania własnych poglądów i postaw. Miniatury haiku i senryu, napisane przeze mnie, a wzorowane na japońskiej formie, to (w wielu wypadkach) ponadkulturowa próba ukazania w słowach tego, co ludzie w postaci myśli starają się przekazać i pozostawić następnym pokoleniom. Wiele z tych miniatur to już moje utrwalone poglądy i postawy, jednak powstałe pod wpływem wielopokoleniowej spuścizny kilku kultur. Natomiast szczególne miejsce wśród moich tomików poezji zajmuje zbiór moich około dwudziestu ballad pt.„Ballady niezwyczajne, czyli świat na baśniowo”. Na podstawie tytułu mogłoby się wydawać, że są to wiersze dla dzieci. Jednak okazało się, że są to wiersze, które stały się najbardziej ulubione dla przedstawicieli wszystkich pokoleń i dla tych, którzy znają ,w taki czy inny sposób, moją twórczość... W mojej intencji były one adresowanie do ludzi dorosłych, w których pozostało coś z duszy dziecka, wierzącego w światy równoległe zamieszkałe przez Krasnale pod szafą, i w Małego Księcia machającego do nas ze swojej „planetki” ,lub w możliwość przenoszenia się do miejsc ukochanych w mydlanej bańce na „hokuspokus”. Moje zamierzenia i spostrzeżenia okazały się nawet trafne, bo dorośli moi znajomi – rzeczywiście, polubili ballady do nich adresowane? - A ich dzieci uczą się na pamięć tych ballad „egzystencjalnych”, w których mówię, o poszukiwaniu marzeń i szczęścia!

Z. K. – Jesteś więc kobietą, dla której w dużej mierze marzenia spełniają się, mimo wielu dramatów jakich ci los nie szczędził, o czym za twoją zgodą wspomnimy w tej rozmowie. Chcę tylko przypomnieć, że nie jest to żaden "wywiad", tylko rozmowa... I nie musisz niczego się obawiać. Ja natomiast nie bez kozery staram się przytoczyć tutaj jak najwięcej funkcji twych spełnień, o ile tak można to nazwać, ponieważ pragnę dotknąć sprawy bardzo ulotnej czyli wizji "szczęścia", i dotknąć ,tego co może być drogą do niego oraz chcę znaleźć właśnie u ciebie to, co wiąże się ze spełnieniem i urzeczywistnieniem marzeń, których kobiety mają ponoć więcej. Może nawet to jest zadanie dla teoretyka słowa (?) Ale spróbujmy! -Będziemy, myślę, rozwijać to w dalszej części na tyle, ile mi pozwolisz... Ja mianowicie przeglądając wiele materiałów dotyczących twej pięknej sylwetki, uświadomiłem sobie, że szczęście, jakkolwiek go zwać ,może być okraszone dramatem i chyba wtedy staje się sukcesem, który zawiera swoją wartość, a czas mu dany na powstawanie musi zawierać moc duchową. Zbyt często sami szafujemy tym słowem, pośpieszni, czasem niewinnie „zakiepowani” w korkach ulicy i na przystankach w pogoni za bytem materialnym, który często bywa fałszywy, a słowo szczęście bywa u niektórych całkiem niezasłużone, gdyż co niektórzy idą do niego po dramacie innych ludzi... A jest dziś czas populizmu, uprawianego nie tylko w polityce, ale szerzej co mieni się cynizmem w wszelkich działaniach. Natomiast, kiedy zaglądam w twoje wiersze, patrzę w ich sensoryczność, nie tylko jako krytyk, ale i osoba przeciwnej płci... A mianowicie dostrzegam w ich podmiocie zespół wypowiedzi i zaklinanie tego, na czym staje takie dziewicze słowo "piękno" – U ciebie piękno też wychodzi z dramatu, i parcia pod prąd... Piękno twoje to wypowiadanie własnej prawdy z autopsji i tylko z niej... Dystans jest prawdziwszy wtedy, gdy stają za nim znaki, nazwijmy je szczególne... Twoja poezja jest bardzo osobista... I żeby na użytek tej rozmowy pójść w takie artystyczne dygresje co do niej, sprawię ci jeszcze troszkę takiego kłopotu myślowego pytaniem wprost- Jak to jest, że do wszystkiego co zwie się sukcesem, i w tym twoim naukowym, gdzie działa umysł ścisły, dochodziłaś w samotności i w refleksji, a kwestią duchowej czystej wypowiedzi była właśnie twórczość irracjonalna czyli poezja – a ogólnie też i inne działania w sztuce. Proszę, nakreśl sensoryczność własnej sylwetki szczęścia, o ile taką masz i, proszę, naprostuj moje dygresje lub uzupełnij, ale niekoniecznie – po profesorsku...

H. G. A. –... Niekoniecznie – po profesorsku?... Ale ja w ogóle nie umiem „po profesorsku”! I na pewno nie będzie to wykład. Zbyszku- uważam, że bycie profesorem oznacza bycie Mistrzem, Przyjacielem, Powiernikiem, Drogowskazem, Laską Ślepca, Językiem Niemowy, a tak po prostu (co nazwę dość wyświechtanym sformułowaniem) Ojcem Duchowym Błądzącego Ucznia... A ja przecież sama nadal błądzę, jak wielu! -Wracając jednak do twoich... prowokacji. Twierdzisz, że szczęście okraszone jest sukcesem osobistym, który zawiera w sobie określoną dramaturgię. Moje życie, w tym najszerszym ujęciu, zostało uwarunkowane wieloma doświadczeniami, często przykrymi, brutalnymi, i to od najmłodszych już lat. Często, opowiadając o nich stwierdzam, że życiorys taki jak mój starczyłby na podmiotowość kilku tomów poezji i kilku filmów takich jak „Trędowata”! A potem byśmy sobie mogli siąść i popłakać, i pożałować ta bohaterkę! – I ja uważam, że wiele jest nieszczęścia na świecie bolesnych, nie wymazywalnych z pamięci ludzkiej doznań i doświadczeń, gwałtów na ciele i duszy, i gorszych od moich. Powiem tak - gdy spotyka człowieka (subiektywnie – zawsze niezasłużone!) nieszczęście, czy tragedia, to może on tylko zachowywać się naturalnie tzn. obronnie w różno wrażliwy sposób. Może on, albo wejść w rolę skrzywdzonego i generować kolejne zło oraz spustoszenie emocjonalne, oddając to, co tak niezasłużenie otrzymał, albo może podjąć trudniejsze wyzwanie – budowania życia na gruzowisku poprzedniego bytu , czerpiąc tylko z tych ludzi, którzy mogą i mają dobrą wolę dawać cokolwiek z nieprzymuszonego "JA"- Wiele lat temu musiałam się nie tylko określić – czy jestem skrzywdzoną (tym samym wyróżnioną w tamtym czasie) przez los istotą, ale stać się człowiekiem, któremu jest jeszcze dane doświadczyć szerokiego spectrum ludzkich emocji, bo podarowano mi tych kilka chwil do przeżycia w ramach mej nieuleczalnej choroby jaka jest miastenia. Ale powiem, że czasem miło jest być egocentrykiem, nawet jeżeli jest się wtedy nieszczęśliwym. I jeszcze dodam, że wypełniający wtedy ludzie moją pustkę po takim stanie nieważkości jakim jest jakby "życie po życiu", ludzie którzy pięknymi, bezinteresownymi gestami dawali mi do zrozumienia, że jestem dla nich "ważna", oni też zaczynali powoli tracić cierpliwość, ponieważ podstawą intencji podawania mi przyjaznej dłoni było danie mi czasu na "przebudzenie", na powrót do żywych, i czekanie w nadziei, że im odpowiem. A więc należało tylko chcieć!- Odpowiedziałam... Zapytałeś o sensoryczność sylwetki szczęścia? – Z wszystkim co wyznaczyło mi drogę i to ,gdzie jeszcze mnie zaprowadzi ta droga "pod prąd" należało ten bagaż nieść , bo on nie może pozostać nie ważny i odrzucony, ale musi pozostawać zawsze potrzebny, choćby do korekty dalszych kroków... Inaczej mówiąc, wszyscy musimy żyć ,jakby z pewną wiedzą nabytą, bo trzeba mieć świadomość ,że nigdy nie daje się „zresetować” komputera, jakim jest nasz mózg. Na pewno trudno żyć z niegodziwością, która uczyniło sie drugiemu człowiekowi. Jednak lepiej z przezorności, we wszystkim co czynimy mieć dobre intencje. Tak po prostu łatwiej egzystować...

Z. K. – Czy właśnie! łatwiej jest stąpać , z witalnością poetycką ku pokonywaniu barier? Tkwi to jak pewna filozofia obronna być może zakodowana w podświadomości, jakby kreacyjnie wpisana w gen siły przetrwania... I jest tak, że my uczymy się życia do pewnego okresu a potem już po tej "szkole życia" doświadczenie kreuje świadomość? - U ciebie jest taka dobra równowaga duchowa, a jednocześnie wspaniale zachodząca harmonia, mimo tego specyficznego losu kobiety, którą zaszczepia dramat nieuleczalnej choroby, a także powstaje tandem prawie jak syndrom domina, bo i odejście najbliższej osoby... Ale patrząc z perspektywy jest to dramat, który jakby oczyszcza, czyli jest takim katharsis, i jest ugruntowaną, pewną już po czasie, wiedzą... To jest jak mi się wydaje jeden z podstawowych paradygmatów bytu. Wiedza o tym wszyscy moi i Twoi przyjaciele. Na pewno zastanowienie takie przychodziło do ciebie . Jak dziś sądzisz? Bo mnie się wydaje, że na dłuższą metę bez naszej własnej pojemności duchowości, której nie powinniśmy się wstydzić, ale śmiało przypisywać ją humanistyce, nie dałoby się iść do siebie po zwycięstwo. I powiem tak: – „Światom tak naprawdę należy się lecieć, a nam siać dzieci pszeniczne” – to fraza z mojej poezji. Chodzi mi o powinność... Kto o tym zapomina, nie wytrzymuje tempa i kruszy się w drodze w polu... Ty masz to już za sobą. Opowiedz, proszę, jeszcze o takich ciężkich chwilach, o nagłości, bo to jest wiedza, której nie wykładają na uniwerkach. Powiedz, jak wychodziłaś z opresji, i nakreśl ich specyfikę, moment ujścia w podniosłość siebie czyli "stawanie na równe nogi"... Myślę, że kiedy ból się ustatecznia, podnosi nas piękniejszych ku słońcu i to jest chyba „upiększaniem świata” i staje się kodem do czynienia dobra, nad którym wciąż kwitną osty zła... Czy możesz zawrzeć jakiś stosunek do tych sugestii, nakreślając swój reżim, jego zawartość emocjonalną i merytoryczną specyfikę inności, ale i potrzebę przedsiębrania tego, co daje każdemu los, czyli niewiadomą.

H. G. A. – Gdy w 1983 roku zginął tragicznie Paweł – mój pierwszy mężczyzna, moja wielka miłość i sens życia, ojciec mojego jedynego dziecka, zawaliło się wszystko. Mieliśmy wtedy oboje po dwadzieścia cztery lata. Potrafisz sobie wyobrazić – macierzyństwo, wdowieństwo i jeszcze ta diagnoza całożyciowego kalectwa (o czym powiem za chwilę) a wszystko w jednym roku?... Nie umiem powrócić do codzienności tamtych dni. Życie wymazało już wiele z pamięci, jednak jedno zapamiętałam na zawsze – ból, wszechobecny ból, i te niechciane poranki oraz wieczory spinające kolejny dzień życia na granicy obłędu. Jest tak, że gdy spotyka takie doświadczenie innych, my w duchu cieszymy się, że nie ugodziło nas samych. Ale to było MOJE życie! Natomiast inni wzdychali do tzw. rachunku prawdopodobieństwa, że taka piętrowa kombinacja losowa zdarza się relatywnie bardzo rzadko! -i jeżeli zdarzyło się Hani, to już mnie, na szczęście, nie napotka! Stało się jednak coś ,że ten splot spowodował sytuację odwrotną ,bo jest we mnie dzisiaj, po dwudziestu trzech latach od tamtych zdarzeń... konkretne życie? - i powiem, że podarowane mi ono zostało przez odpowiednią osobę, czyli Pawła, którego już nie ma. Być może jest to tylko pozorny absurd, ale i jakiś paradoks... Ale to właśnie wtedy zaczęłam pracować przede wszystkim nad zmianą swojej osobowości, nabierając pewności siebie poprzez ciągłe odradzanie się tej pierwszej miłości, która odeszła fizycznie wraz z nim jako pierwszym mężczyzną. Tak bardzo chciałam, aby Olga, jego córka, pokochała go mimo tego, że nigdy nie było jej dane go zapamiętać. Mówisz, że moja poezja jest bardzo osobista. Oczywiście, zapisywane emocje muszą iść w szersze spektrum czyli w wszelką wypowiedź ale zawsze po linii dobra. Może w tym tkwi źródło nazwanej przez ciebie sensoryczności mojej osobowości? – Ja nie umiem godzić się na jakiekolwiek zło, co nie znaczy, że nie piszę o nim często buntującym się umysłem. Pływając stylem dowolnym w nauce, próbuję na swój sposób władać słowem przez formę wartości wiersza. Mówisz o pokonywaniu barier? - W wieku dwudziestu pięciu lat powiedziano mi, że nie będę mogła już nigdy pracować (mam „papier”, na którym napisano, że się do tego nie nadaję). Kiedyś wpięłam ów papier w skoroszyt, w którym mój tato składa wszystkie inne dokumenty mojego życia i... zaczęłam starać się po jakimś czasie zapomnieć, w którym skoroszycie ten "papier" jest schowany!- To oni, rodzice Pawła , po śmierci swego syna -a ojca mojej córki stwierdzili, że mają dwie sieroty, za które są odpowiedzialni – i tak moja córka i ja zostałyśmy przysposobione do nowego życia - A to przecież Jego rodzice Stenia i Wiktor prawdziwie zaadoptowali nas, wychowali, dali dom i poczucie wartości bycia „skądś”. Dlatego dziś mamy korzenie, Olga ma dziadków, a ja – rodziców. Wspólnie z rodzicami oraz prababcią Lidą wychowaliśmy Olgę. A moi biologiczni rodzice nie istnieją tak naprawdę ,bo nigdy nie rozumieli dlaczego pojawiłam się i dziś jestem na tym świecie?... Ludzie czasem z wyboru stają się rodzicami czyli twórcami dobra ,gdy motywacją jest chęć stworzenia nowego, niepowtarzalnego świata... A czasami nie. Natomiast mówisz o pokonywaniu barier?- Każdy z nas ma tendencję do projekcji życia przez pryzmat tego, co już doświadczył. Ja miałam i mam dalej marzenia, pewnie i dlatego też żyje mi się łatwiej ,bo udaje mi się wiele dobrego zrealizować... Mój obecny Tato powiedział mi kiedyś, że marzenia muszą sięgać takich wymiarów, które wydają się przekraczać granicę szaleństwa. Patrząc na swoje małe dziecko, też marzę aby przerosło ono moje projekcje. Jednakże zaraz chciałoby się ustrzec to duże dziecko przed konsekwencją trudnych i kosztownych, aczkolwiek czasem naturalnych, bo losem dyktowanych, wyborów.

Z. K. – Wiem, że czynnie uprawiałaś sport, ganiałaś po Tatrach, nawet teraz wracasz w góry przynajmniej raz do roku. Tam właśnie przekonałaś się, że z górami nie można igrać, mając za sobą doświadczenie i casus "chorubska"... Trzeba było zaakceptować siebie takim, jakim się jest genealogicznie i mieć respekt do losu... To dzielne! -Nie wstydzisz się siebie, chociaż kiedyś jasno powiedziałaś, że brałaś "podwójną dawkę lęku". Wiem, że smakowałaś go z łzami, snując być może życiowe filozofie – a może i te bliskie mitom, były też nie góry, ale depresje... Przepraszam ,że cię tak bardzo prywatnie męczę, ale na pewno interesuje u wszystkich inna droga ,a twoja bardziej stroma i to wchodzenie po stopniach na Olimp jest zwielokrotnionym wysiłkiem wręcz... Wybacz –Olimp ,to dobra metafora dla ciebie. Powiedz, Haniu, o tych traumatycznych przejściach, jak w wielowarstwowym Panu Cogito mówi Zbigniew Herbert ,a jednocześnie szept jest tym wędrowcem bardzo jednostkowym i wrażliwym dokuczliwie słyszalnym, i ty napotykająca wiele starożytnych postaci i miejsc, wędrowiec który ma ciało bardzo realne... Wybacz mi znów taką metaforykę mityczną ,ale to filozofia... To dystans, jaki i ty przedsiębrałaś jak tylko umiałaś wtedy, a dziś już jakby nauczonaś... Pozwól proszę i nie obraź się, ale dopowiem jeszcze tylko tej zależności, żeby cię sprowokować do kwestii filozoficznych, tak: brałaś już w życiu lament Andromachy, później byłaś córką Kronosa, i jeszcze raz Hestią w dostojeństwie, żeby znaleźć ponownie swego Pitagorasa, który posiada wzór na życie... Jak to było? A jak teraz jest? – Czy miałaś swego przewodnika duchowego ?- Herberta duch mówi : (... ) "strzeż się dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swoją błazeńską twarz
powtarzaj : zostałem powołany – czyli nie było lepszych (... )

H. G. A. – Lament Andromachy? Córka Kronosa? Hestia w dostojeństwie? Czyżbym już tak wiele (choć nie w tej rozmowie jeszcze) powiedziała ci o sobie, że zamknąć to można tak piękną symboliką? – Hmmm! -Wcześniej powiedziałam ci, że moje życie starczyłoby na trylogię dla Mniszkówny, a ty znajdujesz tak pojemne i nawet trafne odniesienia!?- do tej mojej piętrowej postdramaturgii jaka ma tutaj bardzo osobiste znaczenie, o czym napomykałam wcześniej : śmierć ukochanego -Andromacha... rzeczywiście, cierpiałam i bolał każdy poranek, każdy wieczór, bolało to, co wypełniało dzień od brzasku po zachód słońca, przez wiele, a nawet wiele lat. Dzisiaj ból zelżał, co nie znaczy, że minął mnie jako osobę. Jako córka Kronosa, przeżyłam, bo strąciłam złego ojca do Tartaru. Wyprowadziłam z mojego życia wszystkich, którzy skrzywdzili tych, których kocham. Bogini ogniska domowego to jednak zbyt wiele. Hestią w dostojeństwie zawsze była mama Pawła, cierpliwy wzór, wybaczająca, ucząca mnie i Olgę życia, cierpiąca z powodu naszych niegrzeczności (ale eufemizm!), żyjąca prawdziwą wiarą, że jej miłość wygeneruje wreszcie coś dobrego. Co z resztą jej się udało!- To piękna wewnętrznie kobieta... A kim jest Pitagoras, który posiada wzór na życie? Niewątpliwie, Pitagorasem mojego obecnego życia jest moja druga, wielka miłość, miłość wieku dojrzałego – Andrzej. Ale to oboje już posiedliśmy wzór na życie... Wiele lat wstecz, nie będąc przecież do miłości przygotowana, zauważyłam zdziwienie jego oczu we mnie wpatrzonych, patrzące z nieskrywanym zaciekawieniem i uwagą. Mam nadzieję, że świecić to światło będzie dniami i nocami...
Jak mają się do tego wszystkiego Tatry?… Są dla mnie wyzwaniem. Ale i są czasem kościołem Boga, w którym czerpię siłę, mając poczucie pokory do kruchości bytu. Gdy po raz pierwszy pojechałam w Tatry (a miałam wtedy dwadzieścia lat) zachłysnęłam się ich dostojeństwem. To wtedy napisałam: „Chciałabym w swej zimie życia umrzeć jasnej gwiazdy śmiercią, idąc po skałach tatrzańskich, zjednoczona z górską percią”.
... No, i sprowokowałeś znów rozmowę na temat miastenii, która zwie się inaczej męczliwością mięśni, bez tej przypadłości trudno jest mi mówić o górach. Każdy człowiek męczy się ja szybciej niż zdrowy człowiek i znacznie wolniej wraca do początkowej sprawności. Wędrowanie w górach jest chyba tutaj szaleństwem (?). Z perspektywy wieloletniego życia z tą dolegliwością, mogę powiedzieć tak, że moja jednostka chorobowa jest zupełnie w odwrotnej zależności do temperamentu i charakteru! Nie pasuje mi, ani do mnie! - Czasami zupełnie zapominam o konieczności prowadzenia tak zwanego oszczędnego trybu życia i trafiam na białą salę oddziału neurologicznego, gdzie szybciutko nabieram dystansu do spraw mnie warunkujących. Tam też jestem świadkiem innych dramatów, które na białych oddziałach nazbyt często mają swój epilog. A gdy tylko człowiek wychodzi ,odzyskawszy „wolność”, czuje się nadal szczególnie traktowany i jakby wybrany...
A Tatry? Gdy tylko dowiedziałam się o swej niesprawności zgoła niewidocznej , powiedziano mi, że powinnam przestać marzyć o przejściu przez Zawrat – to przełęcz położona na Orlej Perci w Tatrach Wysokich. Nomen omen, całkiem trudne przejście. Zawrat stał się dla mnie ważnym symbolem szczytu, szczytu dążeń i marzeń ,gdzie można zobaczyć swoje kalectwo i coś więcej. Zawratem – swego czasu – było przejście od łóżka do łazienki, wejście na drugie piętro, wzięcie małego dziecka na ręce i wiele różnych „trywialności” normalnego człowieka. Po raz kolejny w Tatry pojechałam dopiero po piętnastu latach od diagnozy o chorobie, a na Zawrat pierwszy raz w życiu weszłam w zeszłym roku. Weszłam i zeszłam! I to przez Świnicę! Dzięki Andrzejowi mogę chodzić po Tatrach, ponieważ on daje mi gwarancję, że stamtąd wrócę. Oczywiście, schodząc do Doliny Pięciu Stawów, po zdobyciu Świnicy i przejściu przez Zawrat Andrzej powiedział zdecydowanie, że był to pierwszy i ostatni raz, ale jeśli mnie kocha, zaprowadzi mnie tam raz jeszcze? (To taki mały intrygujący szantaż!) -Dlaczego o tym opowiedziałam?... Spotkałam na swej drodze już wielu ludzi, w tym ode mnie znacznie młodszych, którzy borykają się z ograniczeniami fizycznymi. Ja o swoich mówię, będąc namacalnym przykładem na to, że nie muszą one zdominować życia, jeżeli się tylko czegoś bardzo bardzo pragnie. Ostatnio dwudziestokilkuletni Bartek, po rozmowie ze mną (między innymi o kwestiach naukowych), gdy dowiedział się o mojej chorobie powiedział, że była to najcenniejsza „nauka”, jaką mu dałam. Sam traci wzrok. A jednak nie jestem w tym zakresie żadnym mistrzem świata! Świadkiem mistrzostwa byłam kilka lat temu, gdy słuchałam referatu wygłaszanego przez Józefa Jasika z Lublina, który borykając się z porażeniem mózgowym obronił doktorat prowadzony przez Profesor Elżbietę Skrzypek z UMCSu. Więcej tu nie ma co dodawać...

Z. K. – Jest powiedzenie i zasada, jeżeli chodzi o oryginalną sztukę. A mianowicie, każda „dobra” sztuka powstaje na autopsji i szczerości, czyli otwarciu się na świat abstrakcji, który się wciąż powiększa a dziś ten właśnie świat jest strasznie rozwibrowany... Marcin Świetlicki mówi i zauważa jako młody poeta ,że " nie ma już świata... " –ty zdecydowanie na pewno dodasz ,że to nie jest prawda. Można powiedzieć, że ty masz na czym pisać ,i masz coś na czym można się dystansować. Masz talent poetycki, a jest w twoim dorobku kilka książek, o czym wspomniałem. Podmiotowość ich poznałem. Ale powiedz ,jak technicznie odbierasz sobie te wiersze wchodząc w ruchomy krąg takiej osobnej tajemnicy... Są to takie czujne „samotniki”, zdystansowane od życia mądre dygresje, które przeszły przez twoje serce samorodnie... Przecież nie ustawiałaś ich, jedynie przeszłaś takie metamorfozy... A do wszelkich stojących za tobą ekwiwalentów i duchowych prochibitów doszłaś dzielnie sama. Celowo wywołuję te kwestie, jakby osobiste, ale to są wzorce, gdyż przejść chcę do twego „Upiększania świata”. Powiedz o tych równowagach, jakie przedsięwzięłaś i jak radzić innym w ich dramatach... A później o takich duchowych spełnieniach, które czynią człowieka pięknym wtedy ,gdy podnosi głowę. Pozwól ,że jeszcze przytoczę tu pewną metaforę ,skoro jesteśmy znów u wrót poezji , co zresztą przytaczam artystom , a mianowicie jest to z Króla Lira, a wypowiada on taką kwestię dotyczącą naszej przestrzeni ,w której jest wielki ruch : "gdy koło opada - puść go" , "ale gdy to samo koło idzie w górę - chwytaj go szybko"...

H. G. A. – Wywołałeś znowu ciąg powiązanych ze sobą zdarzeń, tym razem związanych ściśle z moją własną twórczością poetycką. Twierdzisz, że "dobra" sztuka powstaje na autopsji i szczerości. Tak... też tak uważam. Ale i budzi się prawdziwie w odpowiednim czasie i miejscu. Ja swój pierwszy tomik wierszy wydałam, mając trzydzieści osiem lat? Ponieważ profesjonalni (tak mi się wtedy wydawało) recenzenci, żądali czegoś więcej, co jest chyba naturalne. Jeden z takich guru, jak się dowiedział, że fascynuje mnie poezja Mistrza Konstantego, odparł z przekąsem: „No tak, to widać.”. Inny, sugerował wnikliwe studia nad twórczością Różewicza, a kolejny powiedział, że piszę „za prosto” i powinnam popracować nad wyeliminowaniem swoich skłonności do szukania rymów. Było mi oczywiście przykro, ale nie przestałam pisać wierszy. Byli przecież najbliżsi, którzy motywowali mnie do pisania. Z czasem zaczęłam tymi wierszami dzielić się z przyjaciółmi i znajomymi. Okazało się, że przekazują je sobie jako wiersze nawet do sztambucha. Ale tutaj wrócę jeszcze na chwilę, w tą moją osobistą ongiś traumatyczną przestrzeń, gdy wypełniła mnie rozpacz i ustateczniała się, uciekałam w świat poetyckiej atmosfery, aby sobą całą cicho , najciszej rozmawiać ze światem... Udawało się!- A moje „samotniki” utrwaliły prawie wszystkie – jak to ładnie nazwałeś – "modlitwy samotności"... Dobrze, że jeszcze mnie w życiu coś zaskakuje -To fakt, że świat wyrosły z moich doświadczeń, spostrzeżeń, odczuć staje się na moich oczach światem ode mnie niezależnym. Jest tak na pewno, że wiersze ogłoszone żyją same. Żyją własnym życiem... takie dzieci wkraczające w dorosłość... Zastanawiam się czasem nad tymi duchowymi spełnieniami człowieka, które – jak powiedziałeś – "czynią nas pięknym, gdy podnosimy głowę"... Trzeba starać się w życiu podejmować wybory ku wyobraźni, których skutki nie powinny już nigdy „boleć”. I, żeby się nie wymądrzać, dodam jeszcze jedno takie zdanie. Wydaje mi się jednak, że najważniejsze w tym wszystkim jest zdawanie sobie sprawy z tego, co tak naprawdę jest kręgosłupem naszej natury i wartości, a potem powinno sukcesywnie następować... . dodawanie mu ciężaru ciała!

Z. K. – Zatem mamy już Twoje postrzeganie świata. Na pewno niesie się ono u każdego z nas inaczej, i jesteśmy tacy trochę wyobcowani tym innym echem życia, a u ciebie tym echem jest pokora do świata, który leży wprost pod nogami, a nie w gwiazdach. Robię czasem taką dygresję do otoczenia, do spraw przyziemnych, które nas żywią, ubierają, niosą i prą dynamicznie... Powiedz ,gdzie tak naprawdę stoi twój osobisty świat pośród innych światów, czyli jaki należałoby mieć dystans do swego miejsca ?– Ty ćwiczysz i mierzysz własny podmiot poetycki na konkretnym doświadczeniu... Nauka rozwija nas tak naprawdę wtedy, gdy jest w niej miejsce na wartościowanie duchowe (?) wtedy idzie w nas łatwiej? „Robisz”, czyli tworzysz na godności człowieka, która oparta jest na takim czymś uświęconym, choć nie musi to być zaraz sacrum! . Kiedyś Tadeusz Kantor powiedział mi, że "Sztuka uratuje świat od zagłady... " Ten świat bardzo upodmiotowiony braniem ile się da, napędza się non – stop jak „mały samochodzik” i jak wspomniałem podzielony na co najmniej kilka światów, dwu kultur bijących się o znaki wyznawania Boga. A jednocześnie używający imienia Boga w imię walki o swoją partykularną wolność. Tak naprawdę polityka mocno absorbuje religię, wprost używa religii do załatwiania swych podłych spraw. Mówię to, żeby nabrać dystansu do tego, co wyraziłem wpierw... Pytam innych autorytetów, jak ciebie : gdzie jest miejsce mrówki, o której wie tylko poeta lub inny artysta ,dlaczego tak wielki Bóg przysłał ją do zbawienia człowieka?- Wiemy gdzieś w podświadomości ,że tylko maleńka cząsteczka tej machiny uratuje byt! - Czy jest tak, że słabość jest silniejsza ? Na pewno w naturze jest miejsce dla każdego, który ma swój kod i jego się nie wyzbędzie, choćby dla równowagi... Powiedz, co myślisz przeciągając tę kwestie przez swoje doświadczenie na obecne?...

H. G. A. – Obecnie żyję, tak można powiedzieć, w zgodzie- sama ze sobą. Czy słabość jest silniejsza?... Nie wiem. Fundamentem, na którym zbudowałam swoje obecne życie, jest tragedia, a decyzje dnia dzisiejszego od lat zależą od moich zdrowotnych dyspozycji, jest tu być może mowa o tym co warunkuje ruch w krwioobiegu, a przecież te – nazwijmy je – słabości dają mi dobre poczucie przysłowiowej mrówki ?  Nie wiem, dlaczego jest tak, że człowiek, mała drobina świata ,która doświadcza ogromu zła, często niegodziwości, przekraczającej granicę obłędu, znajduje w sobie siłę na odbudowanie własnego mrowiska i otoczenia. To chyba tkwi w ludzkiej naturze – zbawianie dobrem. To swoistego rodzaju zmartwychwstanie. Wiem, znam historię ludzkości. Można na nią spojrzeć przez pryzmat wojen i szaleństwa... Jak dotąd człowiek, zawsze się opamiętuje a może raczej jego natura w której dobro jest kodem , który w nim tkwi długo i misternie zmienia go? Zmiany, których jesteśmy autorami napędzają koniunkturę wartości. Trzeba to tylko zauważyć. Moje postrzeganie świata bierze się z tzw. białej sali, w murach szpitalnych – innych ludzi z kościoła, a innych z lasu – Osobiście nabieram pokory wobec tego, co mnie od czasu do czasu potrafi zdominować. Bronię się coraz bardziej przed pospiechem , przed ludźmi, którzy tak żyją... Chcę żyć własną wartością – przecież przeszłość JUŻ spełniła mnie na dziś, a przyszłości JESZCZE nie ma, jest tylko TU i TERAZ i cisza. I chyba to właśnie warunkuje moją równowagę „mrówczej przedsiębiorczości”!

Z. K. – Więc na to co wypowiadasz, przytoczę twój wiersz z tomu pt. „Upiększanie świata”:
W ciszy odnaleźć drogę
do ludzi –
rękoma odgarniam zgiełk...
Jak nie zboczyć ze szlaku
Sensu (... )
No właśnie jak? – Może coś jeszcze dodasz do wpierw wypowiedzianej sugestii co do istnienia i własnego świata , oczywiście nie tłumacząc własnej sztuki. Dalej mówisz w tym samym wierszu tak:
Idę przed siebie –
patrzę na buty,
które monotonnie
przybliżają mnie do nowego,
odbierającego oddech, odkrycia.
- Myślę, że wiele odwagi dziś potrzeba, żeby mówić: o wyrzeczeniach i o tym, że szukamy się w rozwiązywaniu tajemnicy sensu bytu za pomocą kruchego słowa po ciemku – Myślę tu o pisaniu i o mocy słowa, że wypowiadane żyje jako wektor i jako kreator czyni nas takimi lub innymi – Może jakieś filozoficzne dalsze sugestie?

H. G. A. – Słowo? Ono utrwala moje tu i teraz, ale i „przybliża mnie do nowego odkrycia”. A to, że nie czekam na to, co ma być, to zawsze pokazuje się czarującym spełnieniem. Bo przyszłość zaskakuje takim bezdechem w zachwycie, czasami swą pewnością co też daje sama natura. I to jest, wydaje mi się, najważniejsze, aby nie tracić takiej wyobraźni.

Z. K. – W swoim autorskim curriculum vitae zamieszczasz takie zdanie, być może zasadę, lub jako dystans do twórczości, pytając, wprost: „czym różni się poezja od wiersza? Według mnie wiersz może napisać każdy i większość ludzi to robi wtedy, gdy nie potrafi uporać się z emocjami, które targają jego duszą.” – Może nie dodawajmy tutaj dalszej części tej autorsko intrygującej wypowiedzi, dość że wspominasz o poezji przy okazji tak niesamowitej biografii w dokonaniach naukowych ,za czym staje oblicze duszy nie podzielonej ale jako całości ,o ile dusza ma twarz! a co jest na pewno ewenementem i czymś bardzo ważnym...

H. G. A. – Chyba jednak powinnam dokończyć tę rozpoczętą przez ciebie myśl, ponieważ rzeczywiście uważam, że nie każdy mój wiersz należy do krainy poezji, choć nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę rozstrzygającym taką kwestię. Uważam, że tylko ten wiersz należy do krainy poezji, który pozostawi w wyobraźni człowieka niezatarty obraz, smak, zapach... Poezją jest więc to „coś”, co zostaje w nas w postaci nieobojętnie ukrytej, ale i jawnej.
Jednak to, co jest podstawowym warunkiem dla poezji dla jej funkcji, jest obcowanie w czasie i u ludzi... To kolejne pokolenia czytających i piszących utrwalają swoje emocje, świadczące od zawsze o nas i o nich, i rejestrujące apologetycznie dobro, zadaniem poezji jest też niegodzenie się na różnej proweniencji zło. Zatem zadanie sztuki jest ogromne! I oczywiście, jest tutaj pewien paradoks, ponieważ pisanie wiersza de facto świadczy o skrajnym egocentryzmie, przecież!- Dla mnie jednak jest i drugie oblicze tego egocentryzmu. Jeżeli robisz coś dobrze i robisz to nie raniąc uczuć drugiego człowieka , to już jest spełnione słowo. W tym kontekście chciałabym wspomnieć o mej książce, którą uważam za jedną z najważniejszych w moim życiu, ponieważ zarówno jej powstawaniu, jak i ostatecznej decyzji o wydaniu, towarzyszyły burzliwe emocje oraz długi czas dojrzewania. Tytuł : „Po drugiej stronie nieba”- jest to opowiadanie dla mnie bardzo szczególne. Po śmierci najbliższej mi osoby nastąpił okres, że nie umiałam płakać, rozpaczać, przerastał mnie ból, a siłę dawało mi pisanie. Ale gdy po kilkunastu latach wzięłam do ręki te zeszyty zostałam sobą zaskoczona, bo na żywo powstał tu pewnego rodzaju pamiętnik. Taki "żalnik" – Wtedy zauważyłam , że nie umiałam ,a i nadal nie umiem mówić o rozpaczy, a miłość nie polega tylko na manifestowaniu uczuć, bo nie w tym rzecz, wiem dziś również, że bunt należy przyjąć do siebie nie do innych i godnie go znosić wewnętrznie. Takie były intencje powstania tego opowiadania spisane na tamtym czasie... Zawarłam w dedykacji do tego opowiadania, przesłanie  a może taką inną mądrość : każdy z nas ma inną sztafetę pamięci, w której przez czas jakiś biegnie... Gdy przygotowywałam teksty do wydania targały mną sprzeczne emocje – czy nie jestem zbyt żałosna? i czy po przez publikację ,za mocno nie obnażę się. A potem?... Na jednym z listopadowych spotkań autorskich czytałam fragmenty tego opowiadania. Po spotkaniu podszedł do mnie mężczyzna, który nieśmiało o nie poprosił – zwierzył się ,ze od trzech miesięcy nie może sobie poradzić po stracie żony. Natomiast ci, którzy zapoznali się z tym opowiadaniem, utwierdzali mnie w przeświadczeniu, że warto było z tymi emocjami sie podzielić a i tę opowieść także ogłosić... Pewna kobieta powiedziała: „Pani Haniu, przecież to jest moje życie”. Ale był tam człowiek ,właściwie mi obcy, choć znajomy. Powiedział, że według niego jednak przekroczyłam jakąś granicę, nadmiernie odsłoniłam się. Oznajmił, że poszłam na tyle za daleko, że on był za blisko mojego życia. Powiedział, że będąc mi osobą obcą, zbyt osobiście zagościł w moim życiu nieprzygotowany, choć jednak zaintrygowany!

Z. K. – A jak to jest w twojej pracy na uczelni? -Jak jest postrzegane wierszopisanie przez panią profesor? Wiem ,ze studenci mówią, co jest zresztą tajemnicą poliszynela, że „pani profesor ma takie ludzkie oblicze... ” Czy tylko poezji trzeba, żeby zasłużyć sobie na tak wspaniałą wizytówkę? – Co jeszcze czyni pedagoga w jego rzeczywistym wymiarze funkcji profesorskiej kochanym? – Czy czujesz się humanistą? – Wiem, że na pewno tak... I to widać...

H. G. A. – Czy czujesz się humanistą?... Oczywiście, że tak. Ważnym elementem postawy humanisty jest myślenie drugim człowiekiem. Zabrzmiało dziwnie, prawda? Ale to nie jest błąd stylistyczny a raczej metafora. Pod tym pojęciem rozumiem pewną bardzo ważną postawę. Ona – wbrew pozorom – nie jest taka prosta w tłumaczeniu, ale jeszcze trudniejsza – do stosowania w życiu codziennym. W dodatku wcale nie jest to postawa powszechna! Umiejętność myślenia drugim człowiekiem posiadasz i ty, Zbyszku. Na czym polega owa umiejętność? – U mnie zawsze chodzi o określoną postawę. Na przykład, jeżeli sprawię komuś mimowolnie przykrość, to przyjmuję to, bez względu na fakt, iż intencje moje były diametralnie odmienne. I mówię „przepraszam”. Nagminnie spotykam się jednak z postawą zupełnie inną, gdzie odpowiedzią jest „ja przecież tego nie chciałem”. I cóż z tego wynika, że nie chciałeś? Powiedz po prostu „przepraszam”. A jest to takie oczywiste, wręcz trywialne, jak ciężko wypowiedzieć to słowo , które jest znakiem pokoju... Ludzi charakteryzuje, jak już wcześniej powiedziałam, myślenie przez pryzmat własnego ego. Umiejętność "myślenia drugim człowiekiem" jest to pewna zdolność uwzględniania drugiego człowieka w powiązaniu z wykorzystaniem jego własnego potencjału wyłącznie ku jego godności. To zrobiłeś ty, Zbyszku, prowokując mnie pytaniami, którymi tak głęboko dotykasz mojego życia, a jednocześnie wyzwalając wagę do samookreślenia. Dla mnie tego typu postawa w działalności naukowej jest kluczem, którym „otwieram” swojego ucznia. Prawdziwą przygodą jest praca z doktorantami, od których tak wiele się mogę nauczyć! Obserwuję i współuczestniczę w autentycznych „przebudzeniach”, a radość, jaką młodzi mają z odkryć jest jedną z najpiękniejszych odmian radości, jaką doświadczam. Nauczyłam się już dawno słuchać, tego co wypowiedziane i... niedopowiedziane. Ale umiem też prowokować, nie wyprowadzając z równowagi. Czy na tym polega, jak powiedziałeś, bycie dobrym pedagogiem? - Nie wiem!- Mnie się podoba, taki właśnie sposób pracy z młodymi ludźmi. A oni tak pięknie potrafią się otworzyć! I nie wiem wtedy kto od kogo dostaje więcej. Ostatnio nie wiedziałam, jak przyjąć pewien piękny gest. Byłam wzruszona i zażenowana – dlaczego? i za co? -Mój mąż Andrzej jest kierownikiem Katedry Prawa Finansowego w Uniwersytecie Gdańskim. Ma fantastyczny, niepowtarzalny dziesięcioosobowy zespół młodych adeptów nauki. Któregoś wiosennego dnia (przed Wielkanocą) zaprosili mnie do Katedry i całą gromadą wręczyli prezent – sprowadzony z zagranicy egzemplarz najnowszej publikacji Thomasa L. Friedmana pt. „The World is Flat” (wiedzieli, że jestem jego fanką). Była również dedykacja, którą przytoczę: „Globalny świat – globalne serce, pełne nadziei, wiary i miłości, którym obdarza nas nieustannie Pani Profesor Hania, niech pozostaje w zdrowiu i bije z niezmąconą siłą”. Piękne, prawda? Takie kompletnie bezinteresowne. Trudno mi przytaczać co innego.

Z. K. – Powiedz, proszę, przy tej okazji, jeszcze więcej o twoich związkach z naturą, a raczej o pewnej wiedzy jako naturze przypisanej nam wszystkim. Mówi mój znajomy profesor, znany ekofilozof, że człowiek jest takim sanktuarium i zapomniał o tym, w swej gonitwie w religii wyznawania pieniądza, że ów trzon duchowy przypisany człowiekowi naturą został już bardzo nadwyrężony, gdyż jak wiemy bardzo często człek jest inteligentnie tresowany i kierowany jakby na postmodernistyczne tory ,lub wciskany konceptualne w jakieś niewytłumaczalne bliżej pseudoracje i kreacje bez pokrycia. Ów człowiek zapomina, że cała ogromna wiadomość o nim mieści się zakodowana w atomach i w przekazach biologicznych, a oparta jest na czuciu zmysłowym i intuicji. Tudzież mówi mi inny autorytet ,którego zaprosiłem do "rozmowy artystycznej", a mianowicie profesor Teller architekt artysta rzeźbiarz i malarz ,że nie należy występować przeciwko Duchowi Świętemu, parafrazując swoją opowieść mniej więcej tak: nawet płatek śniegu, kiedy spada jako osobny wzór i kształt pośród innych miliardów płatków, i gdy utrącona zostaje wtedy mu jedna jego gałązka, to natychmiast w paru sekundach odbudowuje się, upodobniając się jota w jotę do pozostałych gałązek czy ramion. Chodzi tu o symetryczność w odradzaniu się natury bytu. - Mowa tu o jednym płatku śniegu! wśród miliardów i bilionów innych. Powiedział mi o tym, żeby coś uświadomić ważnego ,a badał to zjawisko w USA przez trzy lata w instytucie zaprzyjaźnionego uniwerku. My sobie nie zdajemy sprawy z tego i innych odradzających się kształtów, czego nie należy zatrzymywać albo spotwarzać jak choćby po przez klonowanie. Przecież ta sama kreacja dzieje się w naszej duchowości i nawet na pewno! Tego nie czuje wielu z nas, a nawet z tym walczą, chodzi o łzy, pokorę, lub ból wewnętrzny, albo o uczucie do sfery nadprzyrodzoności, która nas przywołała już od pyłka. To natura ukształtowała w nas wyobraźnię i czucie duchowe, kiedyśmy stopniowo się w niej podnosili, wystarczy sięgnąć antropologicznie. Zaczynaliśmy na kamieniu łupanym, później jako homo–wiator dzielnie oznaczaliśmy wędrowanie na skałach rysunkami i znakami w drodze... Później jako homo–faber wymyślający wynalazki, żeby stać się homo–sapiens, żeby w efekcie stać się człowiekiem rozumnym... Gdyby nie wyobraźnia i osiągnięcia oraz dzielenie z tego radości, jednokrotnie tu biegnących równolegle rzeczy – nie doszlibyśmy aż TUTAJ. Tyle, że często też z lenistwa (?)nie wyciągamy takich ani innych wniosków, nie wiemy o tych czy innych zależnościach, bo jesteśmy narodem raczej niedouczonym... Doprawdy, nie chcę się tutaj jakoś wymądrzać, ale chodzi mi o poszukiwanie drogi poprzez godność. Jak to czynić? Czy możesz już jako humanistka (?) ustosunkować się do kwestii Natury, i zająć jakieś zdanie wiążące, patrząc na swój dorobek jako całość... Jak właśnie w naturze, która kształtuje ewolucyjnie, (nie biorąc pod uwagę komunistycznych teorii Marksa do Darwina,) należy w niej szukać funkcji duchowej strony człowieka? Jakże często w pogoni zapominamy przyjrzeć się swej godności i zasadności celom ku jakim przecież zdążamy... Czy możesz zawrzeć tutaj jakieś stanowisko i na swojej wyobraźni oraz doświadczeniu zbudować jakąś funkcję homo–sapiens?, czyli o człowieku rozumnym... ?

H. G. A. –Mówisz o poszukiwaniu drogi poprzez godność, o nie zatraceniu celów istotnych w życiu. A przecież wszyscy wiemy, że wystarczy żyć w zgodzie z naturą. Ładnie powiedziałeś, że człowiek to sanktuarium. Tylko ten człowiek zapomina, że jest sapiens! Dla wielu niemyślenie to atrybut spędzania całego życia. Matematycznie rzecz ujmując, każda funkcja ma swoje czynniki. Funkcja nazwana człowiekiem ma tych czynników miliony, ale tylko kilka wyzwala w nas człowieczeństwo i pozwala nam trwać we wszechświecie i być sanktuarium takim do odwiedzania. Wspomniałam o tych funkcjach już wcześniej. Gdybym miała to jednak spointować, to w ostatecznej swej postaci funkcja ta jest jednoczynnikowa, a mianowicie: człowiek = f(drugi człowiek). Nasze życie nie ma sensu, jeżeli spędzamy je dla siebie.

Z. K. – No właśnie, mówisz czasem w wierszach, nawet w ich tytułach o „déjà vu”. A wiersz twój „ to jest twór człowieczej dłoni, czy też mego boga?” - Pytasz tutaj siebie o pochodzenie... Twoją poezję dominują pytania o wartości. Czasem takie jakby celowe rozdźwięki po to, żeby sprowokować czytelnika do myślenia ciszą? po chwilę samotności... Tak? - Czy raczej są to wypowiedzi idące pomiędzy nauką a sercem? O ile sacrum serca przypisywać poezji, lub jej godności lub humanizmowi... Pozwól, że wykropkuję i zacytuję Twój nowy wiersz, który wiem znajdzie się w Twoim nowym tomie poezji pt.„Świat wielu spełnień”:
To jak „déjà vu”
powtarzane na wiosnę –
zabieram z tego miejsca wspomnienia,
a zostawiam wiersze.

Wiersz – wschód słońca?
Twór człowieczej dłoni, czy też mego boga?
Myśl jego, czy moja?
...
Co jest pierwsze?
Bóg z małej litery, czyli prozaiczność tej kwestii? Możesz się tutaj jakby bardziej określić, jeżeli chodzi o stosunek do kwestii tajemnicy życia, badaczowi jest być może trudniej, ale Tobie nie bo jesteś naukowcem i jednocześnie poetką! Może coś powiesz o wyznawaniu innych ważnych funkcji życia. I nie chodzi mi wprost o tak zwaną religijność, bo to jest sposób wyznawania swego Boga, ale może chodzi tu bardziej o wiarę, która dominuje nasze kierunki w życiu i trzyma nas przy życiu. Kiedyś, gdy M. Hermaszewski powrócił z kosmosu, powiedział zaiste dopiero niedawno, że w kosmosie widzi się lepiej Boga ,i dopiero po zejściu z rakiety statku kosmicznego dopiero wtedy, czuje się wtedy pokorę wobec Boga i życia... Spytałem go o to w rozmowie telefonicznej, nakreślając ramy i zapraszając wstępnie do całkowicie filozoficzno– socjologicznej rozmowy dla czasopisma, a on odparł: „Coś panu powiem – jakbym to opowiedział w Pana rozmowie, to już nie miałbym o czym napisać w swej nowej książce... ” Czyli znów przeżycie i czucie zmysłami intuicji, i nie zapomniany nigdy ten zapis „trzeciego oka” jest w każdym i budzi nas zawsze w odpowiednim czasie... Szukam drogi, a raczej stosunku do kwestii intuicji i jej godności – bo pojawia się pytanie zasadnicze :Co właściwie wartościuje jej funkcję czucia i jaki dotyk komu przynależy, żeby obudzić nowe zycie? Na pewno idziesz i Ty wielokrotnie nad morze, przed przestrzeń i nad głębinę, i reflektujesz swoje życie. Na pewno widujesz Jonasza jak wyczesuje się z ogromnego wieloryba czasu, a jednocześnie zaskakuje cię horyzont, który wyłania gotowy wiersz i wracasz nieodwracalnie inna, jakby lepsza?... Czy możesz, proszę już na zakończenie tej uroczej rozmowy, odnieść się jakoś do tak stawianej metaforycznie kwestii? - Bardzo serdecznie proszę...

H. G. A. – Nawiązałeś do Boga. Dojrzewałam w świecie dualnym. Z jednej strony byłam przymuszana do chodzenia na lekcje religii do kościoła katolickiego, z drugiej – obserwator codzienności, w której dualszczyzna programowała moje życie. Coś mi nie grało, nie pasowało do miłości, o której mówi się w murach kościołów. Pytań było wiele -Gdzie jest szacunek człowieka? Gdzie tolerancja dla odmiennych poglądów?- Dlaczego spowiedź przekreśla uczynione krzywdy? A poprawa polega li tylko na odklepaniu jednej litanii, czy odmówieniu „Ojcze nasz”? –Dlaczego naszym grzechem jest kłamstwo, które uwalnia czyjąś złość a odwet wymyśla formę? -Buntowałam się ,i to był przywilej młodości. Zadawanie sobie takich pytań powodowało i zmuszało do sięgania ku źródłom, wejście w dzieła różnych filozofów, opracowań etyków, książek na temat różnych religii. Z tego wszystkiego „przywłaszczyłam” sobie to, co mi pasowało i stworzyłam własny kanon religijny. Odpowiada mi filozofia, według której nic, co uczynisz nie jest ci zapomniane, a jeżeli uczyniłeś coś złego, to masz jeszcze życie, aby przeważyć szalę zła dobrymi uczynkami. Pomnażaj i generuj jak najwięcej dobra, może ci się uda. Gdy skończy się twój czas, pozostanie ślad, który zostawiłeś i czyny, które popełniłeś i… zaniechałeś. Proste, prawda? I pasuje do każdego życia, na każdej szerokości geograficznej, do wszystkich religii. Wiem, jest to przykazanie podstawowe z dekalogu, ale NAPRAWDĘ stosowane, nie generuje niczego złego. Nie rozumiem, dlaczego ludzie mają z tym takie problemy? A ich Bóg nie potrzebuje kościołów ,żeby mu oddawać pokłony, modlitwą jest codzienny trud, jaki został ponosimy, dla współbliskich i nawet obcych... Dlaczego często w swoich wierszach piszę słowo „bóg” z małej litery? Zadam przewrotne pytanie: dlaczego „człowiek” nie piszemy tak prawdziwie ,żeby było z dużej? Ale jak słusznie zauważyłeś, często zadaję pytania, zostawiając je bez odpowiedzi. I naprawdę nie wiem, co jest pierwsze i co powinno być pisane z dużej litery! -A na zakończenie – jak to ładnie nazwałeś – naszej "uroczej rozmowy" przytoczę fragment, którym daje nam do myślenia z Anthony de Mello: „W grze w karty zwanej życiem, jeden jest ręką, drugi jest rozdaniem, zgodnie z ich najlepszymi zdolnościami. Tym, którzy nalegają, aby grać, nie dano być ręką, ale tymi, którzy są rozdaniem. Nikt z nas nie pyta, czy będziemy grać. Tu nie ma wyboru. Grać musimy. Pytanie tylko – jak?”… Właśnie, kim jestem? -Wielorybem, czy może …Jonaszem?

Z. K. Dziękuję za rozmowę i ciekawe filozoficzne spostrzeżenia w osobę ludzką ,a zwłaszcza za to że uczyniłaś to po przez własne wnętrze...




- z Hanną G. Adamkiewicz – Drwiłło
rozmawiał Zbigniew Kresowaty
 

Zbigniew Kresowaty - KreZbi
 

 © 2006 PiIwO. com